Do Ciebie
Stary, masz u mnie Komandosa. Albo i dwa. Seryjnie. To w ramach przeprosin za to, że przez o wiele za długo czasu miałeś mnie na karku. Tak, wykazałeś się swoistą zimną krwią, mało tego, starałeś się być litościwy. W sumie, bezpośrednio wobec mnie, zachowałeś się w porządku. (Nie licząc plotek i innych niehonorowych zagrywek, ale to punkt stały takich sytuacji)
Zdałam sobie sprawę z tego, ile musiałeś przejść, kiedy stanęłam po drugiej stronie, znalazłam się w Twojej sytuacji. Teraz doskonale rozumiem, co wtedy czułeś. Cóż, budzą się upiory.
Ciąg zdarzeniowy
Jakiś czas mnie nie było totalnie, nawet na gg, bo internet mi się popsuł. Przez jakiś tydzień nie mogłam się zebrać w sobie i miałam tysiąc wymówek, aż w końcu zadzwoniłam do Pol-netu. Kazali przynieść do nich modem. Przyniosłam. Bardzo miły pan żartując co i rusz i uśmiechając się promiennie (ja to nie wiem, panowie tak jakoś lubią…) wymienił mi ów modem na inny, Motoroli. Teraz mam internet, ale komp wykazuje tendencje do psucia się, chyba format nam się szykuje.
A tak z tygodnia… Jak do tej pory idzie jak po maśle. Panowie BB po rozlicznych stresach zostali zaliczeni… Yyy, tzn ćwiczenia u nich! Ale życie towarzyskie mi nie idzie…
Dzisiaj piątek, trzynastego, pomyślałam sobie, że będzie git. A tu… [ryk, walenie głową o ścianę i inne tego typu reakcje]
No więc od początku. Z porannego basenu wyszły nici (wybieram się od roku, choć mam do niego 200 metrów), zostałam obudzona przez Wroga o 10. Umówiliśmy się na 12, żeby mu kupić buty – sesja, wiadomo… Przyszedł akurat jak sprzątałam (kolejne anomalia – ja i sprzątanie!). Poszliśmy, chodziliśmy tu i tam. (Nie widziałam Go!) W końcu kupił w jakimś domku handlowym (małe to to takie, na dom handlowy za tanie), ot, takie w miarę eleganckie buty. W tym samym zresztą przybytku wyczaiłam śliczne jeansowe conversy. Bagatela – 190 złotych. Niestety, Wróg nie chciał mi pożyczyć. A w tym sklepie, co on kupował, wytypowałam na godne kupienia około 10 par balerin (i jeszcze jedne w Ambrze). Wróg powziął niecny plan kupienia mi jednych na urodziny, ale ja bohatersko się z tego wywinęłam. Więc poszliśmy do takiej księgarni na Słowackiego. To był błąd Wroga.
Z miejsca został zasypany tysiącznymi propozycjami: Łowca snów Kinga, Savoir-vivre, Mleczko (setnie się uśmialiśmy, naprawdę mocna propozycja), Barry Trotter, Szymborska, Pawlikowska-Jasnorzewska, Alfons Mucha, secesja, Wprowadzenie do psychologii, mangi… Biedactwo po 15 minutach miał totalny mętlik w głowie
Tak to jest, jak się mnie nie słucha, że chcę na urodziny pół litra dobrej wódki (albo bimbru, Martini, Gorzkiej Żołądkowej, Komandosa) albo koszulkę z napisem JESTEM EMO (dobra, to może niekoniecznie, bo wtedy nie będzie prezentu dla Noisa). Tak czy siak – lepiej mnie nie wprowadzać do księgarni i pytać, co chcę ^^
Rozstaliśmy się, wróciłam doma, zjadłam coś (głodna jak wilk!). Dla uprzyjemnienia sobie obżarstwa włączyłam TVP info. O! Obrady sejmu! O, o wotum nieufności wobec Ministra Finansów, wypowiada się pan poseł Jarosław Kaczyński. I riposta premiera Donalda Tuska. I Ministra Finansów. I jeszcze inni. Generalnie całkiem miła, rzeczowa rozmowa, i ze strony p. Kaczyńskiego i ze strony p. Tuska padają hasła współpracy i wzajemnego poszanowania, choć ten pierwszy nieco namieszał. Najbardziej mi się nie podobało zachowanie osoby pełniącej funkcje Marszałka na 17. obradach Sejmu. Jego antypisowskość i jadowitość była jeszcze gorsza niż pana Bronisława Komorowskiego. Jakoś się tego słuchało, nawet do czegoś by pewnie doszli (postulaty Premiera, żeby zacząć współpracę, a nie prowadzić polityczną grę, tak dla przykładu), ale wystąpił jakiś poseł (oczywiście, nie przedstawiono go, wszedł bez kolejki) mówiąc, że te obrady są przepolitycznione. Wkurzyłam się i wyłączyłam telewizor, bo akurat TE obrady były całkiem do rzeczy.
Poszłam do Lektorium. Swoim zwyczajem przeskanowałam listę czytelników. Aaaa! Na samiutkim dole ON. Ładnie, zgrabnie się wpisałam tuż pod nim. Na sali go nie było, pewnie wyszedł na moment. Akurat jedno biurko było przez nikogo nie zajęte. Myślę sobie – to jego. Wzięłam, co miałam wziąć, czytam. Ręce sie trzęsą, nie mogę się skupić. Euforia sięga zenitu… @$#%@^&*^$@#!!! Do tego stolika podchodzi zupełnie inny łepek! Shit! Już sobie poszedł! Shit shit shit! Minęliśmy się dosłownie o minuty!!! I teraz, jeśli go zobaczę, to dopiero w poniedziałek, jeśli w ogóle. A jak będę mieć pecha, to w październiku dopiero. Jednym słowem: PIEPRZONY PREMIER, PIEPRZONY PRZEWODNICZąCY, PIEPRZONE OBRADY SEJMU, PIEPRZONE JEDZENIE, PIEPRZONE KSIążKI!! Jednym słowem: orgia.
Ale wcale mi nie jest wesoło. Wręcz przeciwnie. Już myślałam, że to będzie szczęśliwy dzień…
W drodze powrotnej spotkałam Igę – koleżankę z gimnazjum. Pogadały my się, pośmiały my się, ho ho! ^^
A teraz – siadam i czytam Szczura. Żeby mieć w poniedziałek wolny czas na naukę na uczelni. Generalnie w ogóle mnie nie będzie, aż do 26-tego. No, może czasem wpadnę…
Do Ciebie
Hej. Tęsknię, wiesz? Gdzie się podziewasz? Tułasz się gdzieś po świecie, zamiast być tam, gdzie Twoje miejsce – czyli przy mnie :/
Tęsknię cholernie, niewypowiedzianie do Twoich rąk, spokojnego uśmiechu, ciepłych iskierek w oczach. Nie mogę się bawić Twoimi włosami, nie mogę przytulić. Ani zrobić herbaty, upiec ciasta czy porozmawiać. Mało tego, nie dorwę Cię na gg, na Skypie, pod komem, w realu.
Bo jeszcze się nie znamy… A tak bardzo bym chciała w końcu spojrzeć w Twoje oczy i się uśmiechnąć tak, jak tylko do Ciebie bym się uśmiechała. Tak bardzo bym chciała, żebyśmy wiedzieli to, o czym inni by nie wiedzieli. Żebyśmy byli dwojgiem, ale jednak jednym. Żebyśmy bez słów się obywali, bo wszystko byśmy wiedzieli. Milczenie… I tylko uśmiech. Czasami, znienacka, wariacki, sztubacki wykrzyknik, bez sensu, bez związku, pełen emocji i braku wytłumaczenia: Kurwa! Żebyśmy byli przewidywalnie nieprzewidywalni. Byśmy razem, niczym burza, wpadali i wypadali, szaleli i cichli, działali i chłonęli ten Świat razem. A gdy jedno będzie chciało spać, drugie bezlitośnie przyłoży poduszką – po to, żeby dostać inną albo kołdrą. Względnie kuksańca. Ach, ta poranna romantyczność xD
To by nie trwało wiecznie, powiesz. Miłość nie trwa wiecznie? Zależy, różnie. Myślę, że warto by było spróbować, bo a nuż… będziemy potrafili to utrzymać, nie pozabijamy się po tygodniu, miesiącu, roku, wieku?
Ja nie istnieję. A nawet jeśli, to i tak mnie nie spotkasz, nie znajdziesz. A jeśli nawet, to nie będę cię chciał. Aj, możliwe… Pożyjemy, zobaczymy…
Więc – do zobaczenia ;*
My dream
I’ve a dream. People who claim they know me would say it’s my career. No, it’s not that. The only thing I want is Him. Who is He? I have no idea what’s His name. Maybe I know Him? I doubt.
I think He should be calm but still witty. He MUST have patience (everyone who lives with me must have). We should have common friends and hobbies. Oh! It’s impossible. Why? Because anyone I meet I have to spoil our relations. And even if I want to be with someone, he doesn’t want to be with me. Turns out I can’t be with calm, intelligent guy with whom I would like to be. Why? Because I’m too stupid, too quirky, too loud, too troublesome. I make too many mistakes, too many things I don’t know and my thinking is too… emotional? Agh, gosh, I’d really like to have a clear mind – without all this haze; that unables me to think as I would like to. Agh… It’s time to die… Definetely…
The only thing worth living for – His sight, when he smiles and runs his fingers through my hair while we’re lying in bed. Nothing else matters. Ok, and a kiss and a hug, I agree.
Impossible, isn’t it?