AA a Akademik
Życie akademikowe jest boskie. To jedna wielka komuna AA*, gdzie abstynencja jest elementem niepożądanym i solidarnie dławionym, ostatecznie spychanym na margines życia akademika.
Każdy wieczór od niedzieli do piątku to impreza, ciągle ktoś przychodzi, wychodzi, wpada z flaszką, wychodzi chwiejnie, wszyscy się znają (albo jeszcze nie). Tutaj nie ma wybrzydzania, burżujstwa, każda konserwa dobra, każdy napój i wino, kieliszki jak w komunie – wszystkie wszystkich. Kto by się przejmował takim drobiazgiem jak higiena, gdy trunek stygnie? A wszystko to wśród niewyobrażalnych pokładów pustych butelek po wódce i puszek – tak to jest, gdy kumpel z roku ma największą imprezownię w akademiku i każdy słyszał o jego pokoju
Są też pokoje dziewcząt, istne oazy porządku, gdzie znajdują się nawet jakieś ozdóbki, kapy, świeczki zapachowe (!) (burżujstwo, prawda?) i Cosmopolitan. Raj, prawda? Czego więcej chcieć?
Powiedzenie: “Są dwa rodzaje alkoholików: studenci i byli alkoholicy” wydaje się być trafne – studiowanie to imprezy, zabawa. Kto się nie bawi, ten nie żyje. Życie dostarcza nam wiedzy i doświadczeń. Jednym słowem – od imprez człowiek jest mądrzejszy xD
Właściwie, studenckiego życia bez akademika trudno sobie wyobrazić. Owszem, można tak żyć, ale co to za życie? Bez imprez, akcji, śmiechów?
*Akademiccy Alkoholicy, nie mylić z Anonimowymi Alkoholikami.
Języki obce w szkołach
Ministerstwo Oświaty ma ambitny plan upowszechnienia języków obcych, a właściwie angielskiego, przez wprowadzenie go od pierwszej klasy podstawówki. Generalnie zgadzam się z samą ideą powszechności nauki. A teraz kilka moich uwag dla Ministerstwa, na podstawie doświadczeń własnych.
Państwo w ciągu tych kilku lat nauki z podatków zapewniło mi: 3 lata nauki języka niemieckiego, 2 lata nauki języka rosyjskiego i 3 lata nauki języka francuskiego. 5 lat języka angielskiego nie liczę, bo nie uznawałam ich za naukę. Jednym słowem, Państwo nie dało mi znajomości żadnego języka, bo i jakość tych nauk nie była najwyższa. Naukę języków traktuje się po macoszemu i czas to zmienić!
Co do języka angielskiego: uczę się go prywatnie od zerówki (nie licząc wcześniejszego kontaktu z anglojęzyczną wersją Cartoon Network) z dwuletnią przerwą w gimnazjum. Zaowocowało to dwoma certyfikatami zdanymi “z marszu” za pierwszym razem: FCE w drugiej liceum i CAE w klasie maturalnej. Maturę podstawową zdałam na 92%. A w chwili obecnej, po roku quasi-lektoratu z angielskiego, mój język cofnął się do czasów sprzed certyfikatów. A co mają powiedzieć ci, którzy ich nie mają?
Ten, kto się zna na języku angielskim i spojrzy na testy maturalne, załamie ręce – nikt nie ceni jego wyników, i ma rację. Test z angielskiego to jedna wielka farsa, niegodna poziomu przyszłego studenta. Taki test powinny robić dzieci w gimnazjum. A na dzień dzisiejszy dobry poziom jest w elitarnych szkołach i na prywatnych kursach. Osobiście nie mam nic przeciwko prywatnym szkołom (sama pół życia w nich spędziłam), ale czy nie szkoda naszych pieniędzy na bezowocną naukę w szkołach?
Z drugiej strony powstaje problem. Bo i owszem, język angielski jest podstawą, ale znajomość innych języków też jest ważna. Niemiecki, francuski, rosyjski, czasami włoski czy hiszpański. Rozwiązanie jest proste, właściwie jesteśmy od niego o krok: wprowadzić POWSZECHNY język angielski obowiązkowy dla wszystkich, a nauka drugiego języka do wyboru, w zależności od regionu czy upodobań własnych.
Można też zrobić coś radykalniejszego, acz skuteczniejszego… Skoro najlepsze wyniki osiągają szkoły prywatne, do których chodzi gros uczniów, a od których się wymaga poziomu, to dlaczego nie zrobić tak i w szkołach? Wprowadźmy wymagania, mniejsze klasy… na przykład niech lekcje języków odbywają się od danej godziny, już po zwykłych zajęciach. Albo w soboty. Nie rozumiem, dlaczego soboty są dniem wolnym od nauki.
A tak ogólnie… Dlaczego nie wymagamy od nauczycieli? Dlaczego narzekamy na tych nauczycieli, którzy wymagają? Dlaczego wymagamy od nauczycieli w prywatnych szkołach językowych, a o lekcje z naszych podatków się nie martwimy? A dlaczego zwykłe szkoły prywatne w Polsce to przechowalnia tumanów o niskim poziomie nauczania? Dlaczego, pytam?
Reformy własne systemu oświaty
Jakiś czas temu (9 lipca?) redaktorzy Dziennika wyczuli sezon ogórkowy i uraczyli nas beznadziejnym tekstem na pierwszą stronę o stanie znajomości języka angielskiego przez polską młodzież. Tekst napisanytylko po to, żeby zapełnić pierwszą stronę, a komentarze a i owszem, rzuciły nieco światła na konsekwencje nieznajomości języków obcych, jednocześnie pokazując przykłady innych krajów.
A teraz ja powiem, jakie czynności uważam za zbawienne dla polskiej oświaty. Oto mój program, w którym, po swoich świeżych doświadczeniach, wyłuszczam w tym wpisie:
- Wielkość klas. Klasy powinny być małe to od najmłodszych lat. Dzięki temu dostajemy gwarancję, że dziecko zostanie dobrze nauczone. A jak myślicie, czemu prywatne szkoły językowe mają takie dobre rezultaty?
- Co do języków obcych. Tu klasy też mają być małe, najlepiej kilkuosobowe. Jak to zrobić? Podzielić klasę na dwie grupy, kiedy jedna będzie miała jeden język, druga grupa będzie na drugim. A potem zmiana. Podpatrzone w moim starym gimnazjum, gdzie takie praktyki robiono z niemieckim i chemią (drugiego języka nie było).
- Wywalić religię ze szkół!
- Przywrócić szkole renomę. Czyli chciałabym, żeby liceum miało poziom. Obecnie wszyscy się pchają do liceum, wszystkich sie przepuszcza, maturę zdają osoby, które wg wykładni z dwudziestolecia międzywojennego powinny oblać.
- Przywrócić szacunek nauczycielskiej profesji. A jak? Podwyżkami. Tak, aby były to posady, o które biją się najlepsi i najzdolniejsi pedagodzy, by był to zaszczyt. Obecnie idą albo idealiści, którzy mają powołanie (w zamian za niskie pensje), albo osoby, które nie znalazły pracy gdzie indziej (bądź też z innego powodu wylądowały na swym znienawidzonym stanowisku).
- Oprzeć oświatę w liceum na kreatywności. Małe grupy, w których się dyskutuje, uczy, może nawet robi eksperymenty. I elastyczniejszy plan zajęć. I na części zajęć, na przykład na WOSie, powinno się dyskutować o polityce, sprawach bierzących. Uczeńnien być kształcony dokładnie, i na przyszłego studenta, i na obywatela Polski i Europy. (Ha, może by wprowadzić etykę?)
Ciąg zdarzeniowy
Jakiś czas mnie nie było totalnie, nawet na gg, bo internet mi się popsuł. Przez jakiś tydzień nie mogłam się zebrać w sobie i miałam tysiąc wymówek, aż w końcu zadzwoniłam do Pol-netu. Kazali przynieść do nich modem. Przyniosłam. Bardzo miły pan żartując co i rusz i uśmiechając się promiennie (ja to nie wiem, panowie tak jakoś lubią…) wymienił mi ów modem na inny, Motoroli. Teraz mam internet, ale komp wykazuje tendencje do psucia się, chyba format nam się szykuje.
A tak z tygodnia… Jak do tej pory idzie jak po maśle. Panowie BB po rozlicznych stresach zostali zaliczeni… Yyy, tzn ćwiczenia u nich! Ale życie towarzyskie mi nie idzie…
Dzisiaj piątek, trzynastego, pomyślałam sobie, że będzie git. A tu… [ryk, walenie głową o ścianę i inne tego typu reakcje]
No więc od początku. Z porannego basenu wyszły nici (wybieram się od roku, choć mam do niego 200 metrów), zostałam obudzona przez Wroga o 10. Umówiliśmy się na 12, żeby mu kupić buty – sesja, wiadomo… Przyszedł akurat jak sprzątałam (kolejne anomalia – ja i sprzątanie!). Poszliśmy, chodziliśmy tu i tam. (Nie widziałam Go!) W końcu kupił w jakimś domku handlowym (małe to to takie, na dom handlowy za tanie), ot, takie w miarę eleganckie buty. W tym samym zresztą przybytku wyczaiłam śliczne jeansowe conversy. Bagatela – 190 złotych. Niestety, Wróg nie chciał mi pożyczyć. A w tym sklepie, co on kupował, wytypowałam na godne kupienia około 10 par balerin (i jeszcze jedne w Ambrze). Wróg powziął niecny plan kupienia mi jednych na urodziny, ale ja bohatersko się z tego wywinęłam. Więc poszliśmy do takiej księgarni na Słowackiego. To był błąd Wroga.
Z miejsca został zasypany tysiącznymi propozycjami: Łowca snów Kinga, Savoir-vivre, Mleczko (setnie się uśmialiśmy, naprawdę mocna propozycja), Barry Trotter, Szymborska, Pawlikowska-Jasnorzewska, Alfons Mucha, secesja, Wprowadzenie do psychologii, mangi… Biedactwo po 15 minutach miał totalny mętlik w głowie
Tak to jest, jak się mnie nie słucha, że chcę na urodziny pół litra dobrej wódki (albo bimbru, Martini, Gorzkiej Żołądkowej, Komandosa) albo koszulkę z napisem JESTEM EMO (dobra, to może niekoniecznie, bo wtedy nie będzie prezentu dla Noisa). Tak czy siak – lepiej mnie nie wprowadzać do księgarni i pytać, co chcę ^^
Rozstaliśmy się, wróciłam doma, zjadłam coś (głodna jak wilk!). Dla uprzyjemnienia sobie obżarstwa włączyłam TVP info. O! Obrady sejmu! O, o wotum nieufności wobec Ministra Finansów, wypowiada się pan poseł Jarosław Kaczyński. I riposta premiera Donalda Tuska. I Ministra Finansów. I jeszcze inni. Generalnie całkiem miła, rzeczowa rozmowa, i ze strony p. Kaczyńskiego i ze strony p. Tuska padają hasła współpracy i wzajemnego poszanowania, choć ten pierwszy nieco namieszał. Najbardziej mi się nie podobało zachowanie osoby pełniącej funkcje Marszałka na 17. obradach Sejmu. Jego antypisowskość i jadowitość była jeszcze gorsza niż pana Bronisława Komorowskiego. Jakoś się tego słuchało, nawet do czegoś by pewnie doszli (postulaty Premiera, żeby zacząć współpracę, a nie prowadzić polityczną grę, tak dla przykładu), ale wystąpił jakiś poseł (oczywiście, nie przedstawiono go, wszedł bez kolejki) mówiąc, że te obrady są przepolitycznione. Wkurzyłam się i wyłączyłam telewizor, bo akurat TE obrady były całkiem do rzeczy.
Poszłam do Lektorium. Swoim zwyczajem przeskanowałam listę czytelników. Aaaa! Na samiutkim dole ON. Ładnie, zgrabnie się wpisałam tuż pod nim. Na sali go nie było, pewnie wyszedł na moment. Akurat jedno biurko było przez nikogo nie zajęte. Myślę sobie – to jego. Wzięłam, co miałam wziąć, czytam. Ręce sie trzęsą, nie mogę się skupić. Euforia sięga zenitu… @$#%@^&*^$@#!!! Do tego stolika podchodzi zupełnie inny łepek! Shit! Już sobie poszedł! Shit shit shit! Minęliśmy się dosłownie o minuty!!! I teraz, jeśli go zobaczę, to dopiero w poniedziałek, jeśli w ogóle. A jak będę mieć pecha, to w październiku dopiero. Jednym słowem: PIEPRZONY PREMIER, PIEPRZONY PRZEWODNICZąCY, PIEPRZONE OBRADY SEJMU, PIEPRZONE JEDZENIE, PIEPRZONE KSIążKI!! Jednym słowem: orgia.
Ale wcale mi nie jest wesoło. Wręcz przeciwnie. Już myślałam, że to będzie szczęśliwy dzień…
W drodze powrotnej spotkałam Igę – koleżankę z gimnazjum. Pogadały my się, pośmiały my się, ho ho! ^^
A teraz – siadam i czytam Szczura. Żeby mieć w poniedziałek wolny czas na naukę na uczelni. Generalnie w ogóle mnie nie będzie, aż do 26-tego. No, może czasem wpadnę…
W poszukiwaniu zmarnowanego czasu
No i mam malutkie wyrzuty sumienia. Jak mała dziewczynka, która coś przeskrobała, która udaje, że jest niegrzeczna, po czym z płaczem biegnie do mamy i prosi o wybaczenie.
Co “przeskrobałam”? Hm… Okazuje się, że jestem paskudną gospodynią (nie gotuję, jest kurz, okna brudne, etc.). Do tego olewam naukę, najprawdopodobniej o średniej powyżej 4.0 nie mam co marzyć… Zresztą mnie te cyferki nie interesują, to Mama chce tego stypendium. Ale wyrodna ze mnie córa…
Dalej. Przez jakiś miesiąc trzymałam książki na ćwiczenia, a i tak w pośpiechu w ostatniej chwili czytałam. Lektura dla kilku tematów… No i na czwartek mam temat. Że niby mam dwie książki i artykuł do przeczytania. Książki leżały sobie grzecznie przez cały długi weekend. Obecnie jestem na etapie… hm… wiadomości wstępnych? Cóż, miałam tyle ważniejszych spraw na głowie… Ot, chociażby biografia Gabrielle Chanel, Szymborska, Chatelet, Spadkobiercy (moja ukochana telenowela xD) i telewizja ogólnie – kabarety, jakieś filmy, Dr House, cuda wianki. I tak cztery dni mi ładnie a (bez)produktywnie zeszły… A! I jeszcze Gazeta Wyborcza (pierwsza chyba od roku) i Dziennik, rzecz jasna skupiłam się na piątkowych dodatkach. A, no i wreszcie zrobiłam porządek w telewizorze, tzn z kanałami – najpierw popularne, potem kultura (nie mam Kino Polska! Skandal!), potem info, potem obcojęzyczne, potem muzyka, potem ftv, a potem AXN i Planete. A reszta to przypadek, jeśli są. A. Planete ustawiłam tylko i wyłącznie dlatego, że był film dokumentalny: Lagerfeld od podszewki. Ojej…! Oglądałam z zapartym tchem, jak ta ikona staje się człowiekiem – z własnymi słabościami, wadami i drażliwymi tematami. Jednocześnie wulkan kreatywności i zapału. Przypomina mi Chanel – ona także nie miała wykształcenia, późno zaczęła, była tyranem dla pracowników, a dla przyjaciół niezwykle hojna i lojalna. Obydwoje mieli ciężkie życie w miłości. A w świecie mody… Ona przewróciła strój kobiety do góry nogami, on w latach 80. postawił Dom Chanel na nogi i uczynił z niego nową ikonę. Ci dwoje są dla mnie inspiracją… [jakże heretyckie skojarzenie: Coco - Maryja, Karl - Jezus]
I do pracy też aż tak nie pędzę… Tyle przeszkód na mej drodze… Książeczka zdrowia, fotografie, CV… Olaboga!
Hm… Jest 2:04. Mimo wszystko wypadałoby iść spać. Pa ;*
Ter-raz
Obudziłam sie rano. Chwilę wstania z łóżka odwlekłam do ostateczności. Niestety, spóźnić się nie mogłam – pierwsza informatyka, trzeba miejsce sobie wywojować, żeby nie czekać na zajęcia o 14.00. Zajęcia zleciały na nuuudzie, jedynie na fakultetach było wesoło (pytanie: czy mój kolega woli rehabilitantów czy rehabilitantki…?). Potem grzeszne obżeranie się frytkami. Powrót doma. No i… kocyk i psia lulu. Aż do szóstej.
I mnie głowa boli, odkąd włączyłam kompa. Ostatnio w ogóle czuje się fatalnie. Stwierdziłam, że to przesilenie wiosenne (w odróżnieniu od jesiennego, zimowego czy letniego), że jestem niewyspana i takie tam. Ale teraz zaczynam podejrzewać, że to jakieś małe, wstrętne choróbsko idzie. Nie, nie kiedy latałam z gołą głową w środku zimy, tylko właśnie teraz. Nie ma sie co dziwić – tyle nauki, do tego właściwie mam detoks (bo jak nazwać picie średnio trzech dzbanków herbaty dziennie plus przyległości kawowych i Pepsi?). Mój organizm jest osłabiony.
I ostatnio nie mam łaknienia i apetytu… Zapewne dlatego, że tyle piję.
Czas umierać? Eee tam.
Manana. Motto życiowe południowców, jak mówi “Elle”. Nie śpieszyć się, celebrować i delektować. Wiecie, że Meksykanie świętują cały rok? Mają w sumie 5 tysięcy świąt – religijnych, ludowych i państwowych. I darzą uwielbieniem Jana Pawła II – więc i Polacy mają fory.
Chociaż to wbrew mojej faktycznej naturze i usposobieniu, chciałabym kiedyś z kimś wyjechać do jednego z tych państw, gdzie skwar zawsze się leje z nieba, ludzie są pogodni i wszędzie jest aż zbyt kolorowo. Gdzie mówi się wieloma językami, wszędzie jest gościna, stragany, targi, gwar, gołębie, owoce, ananasy. Gdzie kwiaty można kupić w łodziach na rzece.
Niech żyje miasto!
Obecnie, acz bardziej energicznie
Dobra. Druga wersja posta, bo już się wyżyłam. Miało być energicznie, więc…
Imprezy, imprezy, imprezy! Pobawiłoby się!
Zresztą, w planach mam sporawą aktywność. Pomijając stałe atrakcje jak Deja Vu, planuję odwiedziny u kilku lekarzy, bibliotekę i muzeum. Będę oglądać zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia! A poza tym – koniec z dupą przed kompem – teraz będę go używać tylko do muzyki (no dobra, blog i gg CZASEM też ;p). Latamy po mieście! Koniec tego!
Btw – zdjęcia… porobiłoby się jakieś sesje, co? Plener, może park? Hm… O, wieczór filmowy też musi być zrealizowany… ^^ ale to za tydzień – notka będzie pewnie na gg…
No! A teraz – do nauki! Czego sobie i Wam życzę
Mój lekturowy rachunek sumienia
Mimo że uznaję się za bibliofilkę i uwielbiam czytać, to nie przeczytałam wielu lektur w liceum. Po trzech latach gimnazjum, gdzie pochłaniałam książkę za książką (nawet na zajęciach, i wcale nie mam na myśli lektur!), pierwsza liceum zeszła bez utworów nadobowiązkowych. Potem już się rozkręciłam, choć zajmowała mnie historia. Plus wiersze czytane wprost na zajęciach i interpretowane (jakieś urozmaicenie wśród ciągłego słuchania). To teraz – co przeczytałam, a co nie i czemu tak a nie inaczej.
1. Dziady Mickiewicza. Hm, o co w tym chodzi dowiedziałam się dzień przed maturą. Tam są wampiry! (część druga? Na samym początku, te upiory) Tzn. wcześniej niby cośtam wiedziałam, na zajęciach się było, ale jednak… nie, Mickiewicz to nie mój ziom.
2. Pan Tadeusz. Przeczytałam w gimnazjum, więcej nie zamierzałam wracać.
3. Kordian Słowackiego. O nie! Romantyzm be! Do tej pory myli mi się z Konradem ;] Przyznaję, kilka dobrych myśli tam jest, ale nie mogłam zdzierżyć i po kilkunastu stronach przestałam. W trakcie omawiania jeszcze nieco doczytałam.
4. Lalka Prusa. Taaa. Przeczytałam całą, ale tylko po to, żeby się w końcu dowiedzieć, co ta Izabela zrobi. Wokulski mnie wnerwiał, durny idealista i romantyk. Dobre studium społeczeństwa w Polsce. Aczkolwiek, czy Warszawa naprawdę była aż tak zapuszczona?
5. Nad Niemnem Orzeszkowej. Pokażcie mi tego, kto przebrnął przez te “sławetne” opisy przyrody? Ale opowiadanie o tym, że bohaterka (imienia nie pamiętam) została wzięta za cholerę jest powalające!
Wg kanonu obowiązują jedynie dwa fragmenty: o grobie Jana i Cecylii i o mogile powstańców. Drugie jakoś umknęło, pierwsze było w 5 klasie (nie żartuję, jeszcze opis pisałam!). A całość przełknęliśmy, oglądając film. Proste, bezbolesne, a to, co trzeba, i tak nam przekazano. Nie sprzeciwiałabym się wyrzuceniu tego z kanonu.
6. Gloria victis Orzeszkowej. Nieeeee! Heeelp!
7. Mendel gdański Konopnickiej. Realistyczne, krótkie spojrzenie na sytuację Żydów w Polsce, na antysemityzm i ogólną głupotę ludzką. Co ciekawe, to mogłam przeczytać, a z Sierotki Marysi najbardziej lubiłam obrazki ;p (szkoda, że nie Szancera)
8. Kamizelka Prusa. Nowela. Realizm. Prawda.
9. Potop miłościwie został nam oszczędzony, aczkolwiek całość przeczytałam w gimnazjum, nawet za Wołodyjowskiego się wzięłam.
10. Wesele. Wałkowane w te i we wte (błogosławiony film!). A ja nie lubię wierszowanego i rymowanego! A jeśli do tego się dorzuca ruch narodowowyzwoleńczy/patriotyczny, to mi się niedobrze robi. A poza tym dobry wątek społeczny: stosunek inteligencji do chłopstwa, przy okazji cała ta koncepcja ratunku w chłopstwie. No i jeżdżenie po inteligencji. Do zastanowienia.
11. Chłopi. Ha! Poza Jesienią przeczytałam też Zimę. I miałam chęci na więcej. Realizm. To lubię ^^
12. Ludzie bezdomni Żeromskiego i Granica Nałkowskiej. Nieeee. Zaczęłam, skończyłam w połowie. Nie dokończyłam po omawianiu i do tej pory nie mam ochoty wiedzieć, co było dalej. Nie, moment, a może i Granicę skończyłam? A przynajmniej coś kojarzę, bo takie złe nie było… Hm…
13. Przedwiośnie Żeromskiego. Jak ratować i budować Polskę. Fajne, ale zbyt idealistyczne. Chociaż obraz komunistycznej rewolucji przekonujący. W trakcie omawiania byłam w połowie. Potem skończyłam.
14. Gombrowicz. Aj! Zaczęłam, obydwie. Tiaaa, koncepcje fajne, ale FORMA. Męcząca. A to niedobrze dla maturzystki, która właśnie się bierze za kolejny temat z historii… Wiele się dowiedziałam na zajęciach, ale nie wykluczam, że je kiedyś skończę. Ferdydurke szybko zarzuciłam, ale Trans-Atlantyk zajął mnie o kilkanaście stron więcej – bo miał więcej fabuły? Albo ja więcej cierpliwości?
15. O Holokauście. Borowski i H. Krall Zdążyć przed Panem Bogiem - przeczytane, ale dlatego, że to opowiadania. Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego spotkał gorszy los – widziałam tylko okładkę.
16. Tango Sławomira Mrożka. Ojej! Mniam! śmiałam się do łez, kiedy babcia miała wejść na katafalk. Poza tym – o zmianach w epoce. Zawsze łączę z Kartoteką, bo czytałam jednocześnie (tak jak Granicę i Ludzi bezdomnych)
17. Shakespeare. Czy trzeba komentować? Trudny, ale szczery i prawdziwy.
18. Molier. Nadworny dramaturg Ludwika XIV, uważny obserwator ludzkich słabości.
19. Werter. Zaliczyłam… iiii… tak ze dwie strony? Między innymi po to, żeby go nie spotkać, wybrałam maturę rozszerzoną. I jestem cholernie szczęśliwa, że się zabił, przynajmniej nie ma części drugiej.
20. Zbrodnia i kara Dostojewskiego. Przeczytałam w gimnazjum, ze średnim zrozumieniem. Treść jest, jest obraz społeczeństwa Rosji. Ale co tak odpycha…? Grubość? :/
21. Jądro ciemności Josepha Conrada. Zaczęłam. Nie skończyłam i nie mam zamiaru.
22. Dżuma Camusa. Też zaczęłam, też nie skończyłam. To było blisko matur… Może kiedyś skończę? Ciekawe w sumie.
23. Szewcy – nie zaczęłam, nie żałuję.
24. Boska komedia Dantego. Zaczęłam, nie skończyłam. Żałuję.
25. Nie-boska komedia Zygmunta Krasińskiego. Zatrzymałam się na okładce. Rozważania o losie poety mnie nie interesują.
26. Cudzoziemka Marii Kuncewiczowej. Mało znana autorka, ale nowela wspaniała. Czytałam jednym tchem o losach niespełnionej artystki.
27. Faust Goethego. I tak miał być tylko fragment. Fragment przeczytałam, ale nieco mniejszy ;p
28. Proces Kafki. Szalone, beznadziejne, a w tej beznadziejności i nierealności realne, jak się patrzy. I mam nadzieję, że to był symbol czegoś (do tej pory upieram się przy tej koncepcji, mimo sprzeciwu polonistki).
A teraz lektury, które zaliczam do moich ukochanych książek:
Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa. Boska koncepcja zła i diabła – w takiego to nawet uwierzę. Woland i Behemot to moje ulubione postaci literackie, a taką imprezę, jaka była u Małgorzaty, poproszę na urodziny
Nowy wspaniały świat Huxleya. O dziwo, nie ma go w kanonie… Cóż. Pierwsza lektura w liceum, a do tej pory o niej myślę. Aczkolwiek jego koncepcja utopii ma pewne błędy techniczne, przez co staje się awykonalna, ale i tak jest świetna.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Wiersze, ale czytałam jak prozę. Kobieta Kobietę zrozumie bez słów ;D
Język polski w liceum wg mnie
Właśnie się dowiedziałam, że są projekty zmian w listach lektur szkolnych, głównie w liceum. Wiele lektur ma odpaść albo być omawiana we fragmentach. Czemu? bo uczniowie podobno i tak ich nie czytają.
Jasne, że nie czytają, bo w liceum poziom nauczania jest fatalny – obecnie język polski (w tym rozszerzony!) nie zaszczepia miłości do litery pisanej i drukowanej, do formowania własnych myśli i indywidualności. Wina jest po wszystkich stronach. Jak u mnie wyglądał polski? Brak prac domowych (plus, bo i tak byłoby bez sensu…), lektura za lekturą czasami, co nie pozwalało się wyrabiać. Na zajęciach aktywność ograniczała się do tych samych dwu czy trzech osób. A ponieważ nikt nie miał motywacji, chęci czy przeczytanej lektury, omawianie ograniczało się do nieomalże wyrecytowania przez nauczycielkę tego, co było w programie i co mieliśmy znać na maturze. Głupio? Jasne. Ale nie byliśmy humanistami nawet w przybliżeniu. Choć zdarzały się i dobre chwile, gdy śmieliśmy się z Lewej stopy Pana Cogito (chociaż wiersz wcale nie śmieszny) albo zachwycałyśmy się Pawlikowską-Jasnorzewską.
A jak powinno być? Żeby nie przeciążać i nie wmuszać tego, co nie trzeba, każdy powinien mieć możliwość wyboru przedmiotów rozszerzonych, według własnej ambicji i celów. I wtedy polski rozszerzony wybierałyby osoby szczerze zainteresowane literaturą.
Poziom podstawowy – lektury z kanonu, podstawa.
Poziom rozszerzony – małe grupy, tak by każdy mógł interpretować wiersze i inne dzieła. Więcej klasyków, ale też powinno się znać każdego noblistę, chociażby jeden wiersz, chociażby pokrótce. Przede wszystkim, powinno być zaangażowanie uczniów. Nie, na pewno wszyscy nie przeczytaliby wszystkiego – to jest niemożliwe. Chodziłoby o to, żebyśmy poznali literaturę światową, główne prądy. Dobrze, przyznam, poznaliśmy tego sporo, ale był duży zoom na Polskę. Źle? Nie, bo nasza literatura jest dobra i trzeba znać narodowe utwory, ale mamy za dużo biadolenia o ucisku przez cara, o tym, że Polska, że niepodległość. Polskie lektury są ciężkie, ciążą swoim patriotyzmem, pompatycznością i symbolizmem. Polskie romantyzm i fin de siecle jest tak nudne i ciężkostrawne, że nic dziwnego, że nikt tego nie czyta. Moment, miałam bronić wielości lektur… Trudno.
Stuudia: problem rozwiązany
Nie myślcie sobie, ze poszło tak, jak trzeba. Owszem, w poniedziałek się dowiedziałam, że odpowiedni notable przyjdą i z nami porozmawiają. Już była nadzieja…
Oczywiście, że nie utworzą. Jest za mało osób. Do tego przecież mamy stosunki jako osobny kierunek. Jednym z argumentów za historią był fakt, że dostajemy szersze wykształcenie na historii niż na stosunkach. Ot, jedynie uczymy się całej historii, a nie tylko XX-wiecznej, jak to mają na stosunkach. Niby zyskujemy szersze umiejętności, ale ja wiem…
Koniec końców: wybieram profil nauczycielski z WOSem.