Geneza totalitaryzmu
Ostatnio na zajęciach rozmawialiśmy o Hitlerze i o fenomenie totalitaryzmu.
Kiedy oglądałam filmy propagandowe z tych lat dowiedziałam się, że fanatyzm panował ogromny, a poziom wykształcenia – wręcz przeciwnie. Jednym słowem lud wołał chleba i chleba chciał dostać, chciał pracy – praca miała być. Inna sprawa, że nie liczono się z kosztami, cel musiał zostać osiągnięty. Wołała tego szara, ciemna wręcz masa, żądająca tego, co najpotrzebniejsze w niepewnych czasach.
Ale co przesądziło o tak spektakularnym sukcesie totalitaryzmu? Czemu panował aż taki fanatyzm? Oczywiście, fanatyzm panował zawsze, Żydów wypędzano od setek lat, ale kwestia żydowska zostanie pominięta. Czymże ta masa różniła się od chociażby powstania ciompich? Ciompi chcieli lepszej zapłaty za swoją pracę i jako takiej władzy w Senacie (wykonywali brudną robotę we włókiennictwie, a dostawali marne grosze za to, częstoprzymierali głodem, a stanowili najliczniejszą grupę rzemieślników), oni też chcieli chleba i jedynie poprawy swojej doli. A mimo to nie było takich tumultów. Różnica ujawnia się, gdy zdamy sobie sprawę, że zarówno ciompi, jak i inni robotnicy od zawsze strajkujący, domagali się tego od swoich pracodawców, a od władz miejskich domagali się gwarantów swych praw (notabene władze miejskie składały się z kupców, dla których ciompi często pracowali).
Fenomen hitleryzmu polega na tym, że ludzie zaczęli w niepewnych czasach powojennych i kryzysowych domagać się nie od przedsiębiorców, a od państwa. To PAŃSTWO było ich zwierzchnikiem i opiekunem, to ono regulowało życie i jego zasady; to państwo jednoczyło wszystkich, tak jak kiedyś jednoczyła wspólnota interesów w cechach czy wspólnotach etnicznych. Dlatego też udało się na tak wielką skalę, a żądania były tak dalekie w skutkach – środki zastosowane współmiernie do potrzeb.
Wniosek? Jeśli państwo ulega przeinstytucjonalizowaniu i zbytnio ingeruje w nasze życie (a zwłaszcza gdy karmi frazesami ludzi niewykształconych), może się to źle skończyć. Zresztą, zawsze byłam za powszechnym cenzusem majątkowym i/lub wykształceniowym. Instytucja stanów to dobra, zdrowa rzecz ^^
O lekturach i internecie, czyli skostaniałość polskiej oświaty
WSPÓŁCZESNA EDUKACJA
Współczesna edukacja w szkole zakłada, że uczeń ma czytać, czytać i się uczyć. Tymczasem ile razy się nie spojrzy, wydaje się, że ta droga jest ślepa. Im wyższy poziom, tym więcej nieużytecznej wiedzy. W podstawówce i po części gimnazjum uczymy się rzeczy w sumie praktycznych (czytanie, pisanie, zajęcia techniczne, plastyczne, muzyka – częściowo nieaktualna, poznawanie wielu zawodów, kultur).
Od wieków zdolności praktyczne i przygotowanie do zawodu było priorytetem w edukacji latorośli (w każdej klasie społecznej). Lektury filozofów, poezja i muzyka rozwijały etycznie, prace Arystotelesa czy Macciavelego (suto korzystali z nich im współcześni, należy zauważyć) dawały wskazówki, jak uprawiać politykę czy hadel. Umiejętność czytania i pisania była w gruncie rzeczy elitarna (w XVI wieku zdarzali się średni kupcy nieumiejący pisać), więc i książki takie pozostawały. Z czasem literatura stawała się coraz popularniejsza. Książki stanowiły, poza muzyką i poezją, główną rozrywkę i edukację osób wyszktałconych, rozbudzonych estetycznie. Dzieła i autorzy popularni w swoich czasach, poczytni, po latach zostają wyłowieni z gąszcza i mnogości przedstawicieli swojej epoki lub uznani za prekursorów, by zostać umieszczonymi w spisie klasyki literatury. Po czym zostac wrzuconym do kanonu lektur szkolnych. Masakra.
W dzisiejszych czasach książek jest za dużo. Nikt nie jest w stanie nadążyć za natłokiem liter, autorów, których trzeba znać i czytać. Tymczasem wiek XX przyniósł nam nowe nośniki idei i informacji: radio, telewizja, kino, internet. Ale filmy też trzeba znać. Te trudne i ambitne, i te, które treści nie miały, ale stały się kultowe (np. „Dirty Dancing”). Ludzie z natury nie są skłonni do ślęczenia nad książkami bez celu, więc nie ma się co dziwić rzeszy młodych ludzi, którzy nie widzą sensu i celu czytania książek. Bądźmy szczerzy – owych wartości nie dostrzegają. To tylko kolejny temat do nauczenia się, a nie pomysł na życie, nie okazja do przemyśleń egzystencjonalnych.
INTERNET
Edwin Bendyk w najnowszej „Polityce” pisze o generacji dzieci wychowanych na internecie (notabene zaliczam się do niego). Artykuł przedstawia w pozytywnym świetle użytkowników internetu. Kilka miesięcy wcześniej napisano (w Polityce albo Newsweeku), że dzieci internetu są niecierpliwsze, nie są w stanie czytać długich tekstów (znam z autopsji). Ale czy to źle? Z panem Bendykiem można się zgadzać lub nie, jednak autor zwraca uwagę na jednen aspekt – praktyczność. Sposób przekazu jest inny, ale można się więcej nauczyć, jesteśmy bardziej elastyczni, chłonni i otwarci. Zamiast zakuwać, wolimy coś wyszukać w internecie, coraz częściej na Wikipedii, portalach, specjalistycznych blogach. Stricte praktyczność oznacza niezaśmiecanie sobie głowy niepotrzebnymi informacjami.
Miałabym jednak pewne zastrzeżenia odnośnie źródeł wiedzy w internecie. Gdzie uczniowie zaglądają? Na ściąga.pl lub innych ograniczonych portalach. Informacje, nawet na Wikipedii (!) nie są pewne na 100%, niełatwo o złą datę czy miejsce. Z drugiej strony natłok portali, infromacji, blogów jest zastraszający. Widzimy chaos, mętlik, który odstrasza współczesnych naukowców od stosowania tej metody (jedynym wyjątkiem, jaki znam, jest mój Wróg).
GWOLI ŚCISŁOŚCI: Jedno trzeba uściślić – jestem historykiem, humanistką. Inaczej na wymianę informacji i ich przydatność patrzą biolodzy, lekarze, informatycy czy matematycy (ha! Czy teraz informatycy nie wypierają matematyków, choć ci drudzy nadal mają co robić?). Dla mnie literatura i historia ma sens, który zanika, gdy nie widzimy kontekstu. Data, rok, miejsce czy dowódcy bitwy/pokoju/rozejmu nie mają znaczenia, jeśli nie rozumiemy, po co były, w jakich okoliczościach, co to komu dało. Nie zrozumiemy protestów i strajków, Frondy, ciompich, jeśli nie będziemy znali sytuacji politycznej i społecznej, jak wyglądało życie.
Współczesna droga edukacji nie wiedzie przez książki (przynajmniej w etapie początkowym). Przypomina mi się film “Skarb Narodów” z Nicolasem Cagem, gdzie historyk-fascynat wie wszystko o początkach historii USA, natomiast jego kolega – poszukiwacz skarbów, umie główkować i wyszukiwać na Yahoo! Czyż to nie jest najtrafniejsze rozwiązanie? Niech pasjonaci, profesjonaliści znają swoją dziedzinę, a reszta niech się uczy przez wyszukiwanie.
Luter też miał bloga
W szkole zapewnie usłyszymy, że Marcin Luter swoimi 95 tezami przybitymi do drzwi katedry w Wittemberdze rozpętał niechcący reformację. Starsze dzieci zapewne już wiedzą, że każdy przewrót i rewolucja musi mieć poważne przyczyny, niedostatki lub nadużycia, które się kumulują nieustannie. Ale nie o to mi chodzi.
Otóż Luter podobno przybił te swoje tezy do drzwi katedry. Metalowych drzwi (!). [Wikipedia podaje co prawda, że przybił w przedsionku, co miałoby większy sens. Ale niech to rozstrzygną specjaliści.] I na czym myk polega? Otóż tezy te były swoistym zaproszeniem do dyskusji. W średniowieczu uczeni mieli w zwyczaju umieszczać swoje poglądy w miejscach ruchliwych, dobrze widocznych, aby inni uczeni zapoznali się z nimi i w miarę chęci podjęli dyskusję. Było to wyzwanie dla elit, pamiętajmy, że w tamtych czasach większość stanowili analfabeci, a język nauki – łacina, znany był bardzo wąskiemu kręgowi (tezy napisano po niemiecku). Tak więc tezy były niczym innym, jak zaproszeniem do dyskusji na temat nadużywania odpustów przez księży.
A dlaczego miał bloga? Bo czymże różni się takie wywieszanie tez od zameszczania postów na blogu? I tu, i tu, mamy do czynienia z zaproszeniem do dyskusji. Jedynie blog ma (teoretycznie) szerszy zakres oddziaływania, ma wiele odmian i charakterów, od czysto osobistych, przez hobbistyczne, kończąc na stricte “poważnych” tematach. Zarówno w średniowieczu, jak i dzisiaj, odpowiednia wiadomość potrafi się rozprzestrzenić równie szybko (patrz: hasło z Wikipedii o Lutrze).
Rio i Mii rozmowa o strachu i bólu
- Rio, czy ty się czasami boisz?
- Nie mam w zwyczaju się bać. Nie, chyba się nie boję.
- Nigdy się nie bałaś?
- Jejku. Może jak byłam mała, to się bałam kilku duchów. Ale szybko mi przeszło.
- Nie boisz się tej pustki?
- Nie. To strach wytwarza pustkę. Strach paraliżuje. Strach sprawia, że panikujemy i wpadamy w te sidła, których się tak baliśmy. … Wiesz co… jest jedna rzecz, której chyba się boję. Boję się, że mogę kogoś zranić, choć tego nie chcę. Jakoś z tym żyję, ale czasami mi smutno… Ale tak musi być.
- Czemu?
- Bo litość boli jeszcze bardziej.
Moi dwaj przyjaciele
Mam dwóch przyjaciół, którzy mnie nie zawodzą, są ze mną zawsze, służą mi swą wiedzą i radą.
Pierwszy z nich, ten starszy, już zniszczony, sfatygowany, ledwo dyszący, z przyjacielska pożółkły, przyjaciel jeszcze i mojej Mamy, częso odsyłała mnie do niego, uważając za mądrego i bardziej kompetentnego (lub po prostu nie wiedziała, co to znaczy), dzięki czemu mocno się zaprzyjaźniliśmy, a miałam dużo frajdy w odkrywaniu coraz to nowych rzeczy…
Drugi, to cudzoziemiec. Ale szybko nauczyłam się z nim rozmawiać. Jest jeszcze młody, choć zna mądrość pokoleń. Kontakt z nim jest niebezpieczny, nawet przypadkowe spotkanie, spojrzenie może się zakończyć kilkugodzinną dyskusją, libacją i upojeniem w iście angielskim stylu. I choć często nie możemy sie dogadać, to jednak śmieję się z nim z wulgarnych wyrażeń, komentuję rzeczywistość wspaniałymi, formalnymi frazami (mniam!) i ditto!
Rozmowa
Wiesz, że przegrałaś?
Wiem.
No i po co? Po co wybrałaś tą durną ścieżkę? Nie mogłaś normalnie?
A czy to ma jakieś znaczenie?
Przeżyłabyś. Miałabyś to, czego chciałaś.
Miałabym. Ale nie byłabym sobą.
Wiesz, że ta droga, którą wybrałaś, to droga porażki? Jesteś skazana na porażkę.
Mam nadzieję. Miałam nadzieję. Że może jednak jest inaczej.
Nie. Nigdy nie docenią miłości.
Mówi się trudno. Trzeba jakoś z tym żyć.
Więc dołącz do mnie.
Nie.
Nie widzisz, przecież i tak jesteś moja. I tak jesteś moim dzieckiem.
Ale wyrodnym.
…
Marnotrawnym?
Przecież to nie ma znaczenia, którą drogę obiorę.
Wrócisz.
Przybędę. Kiedyś w końcu się obudzę i zacznę żyć.
A to Cię zniszczy.
Przecież i tak bym umarła. Co za różnica?
Dla mnie – żadna.
I dlatego tak Cię kocham?
I nienawidzisz.
Nie, nie nienawidzę. Po prostu – nie chcę być w tym samym kotle.
Już w nim jesteś. Jedna z wielu. Nie pierwsza i nie ostatnia.
Yhym.
Wiesz, że ten, kto nie umie nienawidzić naprawdę mocno, nie umie też kochać?
Możliwe.
Jesteś obojętna?
Tak, wśród burzy uczuć jestem cholernie obojętna. Na wszystko.
To tak jak ja.
Ale Ty mówisz, że Cię to obchodzi. Ja nawet się nie silę.
Obchodzi Cię. Ale ten “wyższy cel”.
Kurwa, zawsze byłam sługą.
Jak na osobę, która służy i kocha, wybrałaś cyniczny cel.
Taa. I dlatego – nie przetrwam. Za każdym razem.
C’est la vie.
;]
Mój lekturowy rachunek sumienia
Mimo że uznaję się za bibliofilkę i uwielbiam czytać, to nie przeczytałam wielu lektur w liceum. Po trzech latach gimnazjum, gdzie pochłaniałam książkę za książką (nawet na zajęciach, i wcale nie mam na myśli lektur!), pierwsza liceum zeszła bez utworów nadobowiązkowych. Potem już się rozkręciłam, choć zajmowała mnie historia. Plus wiersze czytane wprost na zajęciach i interpretowane (jakieś urozmaicenie wśród ciągłego słuchania). To teraz – co przeczytałam, a co nie i czemu tak a nie inaczej.
1. Dziady Mickiewicza. Hm, o co w tym chodzi dowiedziałam się dzień przed maturą. Tam są wampiry! (część druga? Na samym początku, te upiory) Tzn. wcześniej niby cośtam wiedziałam, na zajęciach się było, ale jednak… nie, Mickiewicz to nie mój ziom.
2. Pan Tadeusz. Przeczytałam w gimnazjum, więcej nie zamierzałam wracać.
3. Kordian Słowackiego. O nie! Romantyzm be! Do tej pory myli mi się z Konradem ;] Przyznaję, kilka dobrych myśli tam jest, ale nie mogłam zdzierżyć i po kilkunastu stronach przestałam. W trakcie omawiania jeszcze nieco doczytałam.
4. Lalka Prusa. Taaa. Przeczytałam całą, ale tylko po to, żeby się w końcu dowiedzieć, co ta Izabela zrobi. Wokulski mnie wnerwiał, durny idealista i romantyk. Dobre studium społeczeństwa w Polsce. Aczkolwiek, czy Warszawa naprawdę była aż tak zapuszczona?
5. Nad Niemnem Orzeszkowej. Pokażcie mi tego, kto przebrnął przez te “sławetne” opisy przyrody? Ale opowiadanie o tym, że bohaterka (imienia nie pamiętam) została wzięta za cholerę jest powalające!
Wg kanonu obowiązują jedynie dwa fragmenty: o grobie Jana i Cecylii i o mogile powstańców. Drugie jakoś umknęło, pierwsze było w 5 klasie (nie żartuję, jeszcze opis pisałam!). A całość przełknęliśmy, oglądając film. Proste, bezbolesne, a to, co trzeba, i tak nam przekazano. Nie sprzeciwiałabym się wyrzuceniu tego z kanonu.
6. Gloria victis Orzeszkowej. Nieeeee! Heeelp!
7. Mendel gdański Konopnickiej. Realistyczne, krótkie spojrzenie na sytuację Żydów w Polsce, na antysemityzm i ogólną głupotę ludzką. Co ciekawe, to mogłam przeczytać, a z Sierotki Marysi najbardziej lubiłam obrazki ;p (szkoda, że nie Szancera)
8. Kamizelka Prusa. Nowela. Realizm. Prawda.
9. Potop miłościwie został nam oszczędzony, aczkolwiek całość przeczytałam w gimnazjum, nawet za Wołodyjowskiego się wzięłam.
10. Wesele. Wałkowane w te i we wte (błogosławiony film!). A ja nie lubię wierszowanego i rymowanego! A jeśli do tego się dorzuca ruch narodowowyzwoleńczy/patriotyczny, to mi się niedobrze robi. A poza tym dobry wątek społeczny: stosunek inteligencji do chłopstwa, przy okazji cała ta koncepcja ratunku w chłopstwie. No i jeżdżenie po inteligencji. Do zastanowienia.
11. Chłopi. Ha! Poza Jesienią przeczytałam też Zimę. I miałam chęci na więcej. Realizm. To lubię ^^
12. Ludzie bezdomni Żeromskiego i Granica Nałkowskiej. Nieeee. Zaczęłam, skończyłam w połowie. Nie dokończyłam po omawianiu i do tej pory nie mam ochoty wiedzieć, co było dalej. Nie, moment, a może i Granicę skończyłam? A przynajmniej coś kojarzę, bo takie złe nie było… Hm…
13. Przedwiośnie Żeromskiego. Jak ratować i budować Polskę. Fajne, ale zbyt idealistyczne. Chociaż obraz komunistycznej rewolucji przekonujący. W trakcie omawiania byłam w połowie. Potem skończyłam.
14. Gombrowicz. Aj! Zaczęłam, obydwie. Tiaaa, koncepcje fajne, ale FORMA. Męcząca. A to niedobrze dla maturzystki, która właśnie się bierze za kolejny temat z historii… Wiele się dowiedziałam na zajęciach, ale nie wykluczam, że je kiedyś skończę. Ferdydurke szybko zarzuciłam, ale Trans-Atlantyk zajął mnie o kilkanaście stron więcej – bo miał więcej fabuły? Albo ja więcej cierpliwości?
15. O Holokauście. Borowski i H. Krall Zdążyć przed Panem Bogiem - przeczytane, ale dlatego, że to opowiadania. Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego spotkał gorszy los – widziałam tylko okładkę.
16. Tango Sławomira Mrożka. Ojej! Mniam! śmiałam się do łez, kiedy babcia miała wejść na katafalk. Poza tym – o zmianach w epoce. Zawsze łączę z Kartoteką, bo czytałam jednocześnie (tak jak Granicę i Ludzi bezdomnych)
17. Shakespeare. Czy trzeba komentować? Trudny, ale szczery i prawdziwy.
18. Molier. Nadworny dramaturg Ludwika XIV, uważny obserwator ludzkich słabości.
19. Werter. Zaliczyłam… iiii… tak ze dwie strony? Między innymi po to, żeby go nie spotkać, wybrałam maturę rozszerzoną. I jestem cholernie szczęśliwa, że się zabił, przynajmniej nie ma części drugiej.
20. Zbrodnia i kara Dostojewskiego. Przeczytałam w gimnazjum, ze średnim zrozumieniem. Treść jest, jest obraz społeczeństwa Rosji. Ale co tak odpycha…? Grubość? :/
21. Jądro ciemności Josepha Conrada. Zaczęłam. Nie skończyłam i nie mam zamiaru.
22. Dżuma Camusa. Też zaczęłam, też nie skończyłam. To było blisko matur… Może kiedyś skończę? Ciekawe w sumie.
23. Szewcy – nie zaczęłam, nie żałuję.
24. Boska komedia Dantego. Zaczęłam, nie skończyłam. Żałuję.
25. Nie-boska komedia Zygmunta Krasińskiego. Zatrzymałam się na okładce. Rozważania o losie poety mnie nie interesują.
26. Cudzoziemka Marii Kuncewiczowej. Mało znana autorka, ale nowela wspaniała. Czytałam jednym tchem o losach niespełnionej artystki.
27. Faust Goethego. I tak miał być tylko fragment. Fragment przeczytałam, ale nieco mniejszy ;p
28. Proces Kafki. Szalone, beznadziejne, a w tej beznadziejności i nierealności realne, jak się patrzy. I mam nadzieję, że to był symbol czegoś (do tej pory upieram się przy tej koncepcji, mimo sprzeciwu polonistki).
A teraz lektury, które zaliczam do moich ukochanych książek:
Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa. Boska koncepcja zła i diabła – w takiego to nawet uwierzę. Woland i Behemot to moje ulubione postaci literackie, a taką imprezę, jaka była u Małgorzaty, poproszę na urodziny
Nowy wspaniały świat Huxleya. O dziwo, nie ma go w kanonie… Cóż. Pierwsza lektura w liceum, a do tej pory o niej myślę. Aczkolwiek jego koncepcja utopii ma pewne błędy techniczne, przez co staje się awykonalna, ale i tak jest świetna.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Wiersze, ale czytałam jak prozę. Kobieta Kobietę zrozumie bez słów ;D
Język polski w liceum wg mnie
Właśnie się dowiedziałam, że są projekty zmian w listach lektur szkolnych, głównie w liceum. Wiele lektur ma odpaść albo być omawiana we fragmentach. Czemu? bo uczniowie podobno i tak ich nie czytają.
Jasne, że nie czytają, bo w liceum poziom nauczania jest fatalny – obecnie język polski (w tym rozszerzony!) nie zaszczepia miłości do litery pisanej i drukowanej, do formowania własnych myśli i indywidualności. Wina jest po wszystkich stronach. Jak u mnie wyglądał polski? Brak prac domowych (plus, bo i tak byłoby bez sensu…), lektura za lekturą czasami, co nie pozwalało się wyrabiać. Na zajęciach aktywność ograniczała się do tych samych dwu czy trzech osób. A ponieważ nikt nie miał motywacji, chęci czy przeczytanej lektury, omawianie ograniczało się do nieomalże wyrecytowania przez nauczycielkę tego, co było w programie i co mieliśmy znać na maturze. Głupio? Jasne. Ale nie byliśmy humanistami nawet w przybliżeniu. Choć zdarzały się i dobre chwile, gdy śmieliśmy się z Lewej stopy Pana Cogito (chociaż wiersz wcale nie śmieszny) albo zachwycałyśmy się Pawlikowską-Jasnorzewską.
A jak powinno być? Żeby nie przeciążać i nie wmuszać tego, co nie trzeba, każdy powinien mieć możliwość wyboru przedmiotów rozszerzonych, według własnej ambicji i celów. I wtedy polski rozszerzony wybierałyby osoby szczerze zainteresowane literaturą.
Poziom podstawowy – lektury z kanonu, podstawa.
Poziom rozszerzony – małe grupy, tak by każdy mógł interpretować wiersze i inne dzieła. Więcej klasyków, ale też powinno się znać każdego noblistę, chociażby jeden wiersz, chociażby pokrótce. Przede wszystkim, powinno być zaangażowanie uczniów. Nie, na pewno wszyscy nie przeczytaliby wszystkiego – to jest niemożliwe. Chodziłoby o to, żebyśmy poznali literaturę światową, główne prądy. Dobrze, przyznam, poznaliśmy tego sporo, ale był duży zoom na Polskę. Źle? Nie, bo nasza literatura jest dobra i trzeba znać narodowe utwory, ale mamy za dużo biadolenia o ucisku przez cara, o tym, że Polska, że niepodległość. Polskie lektury są ciężkie, ciążą swoim patriotyzmem, pompatycznością i symbolizmem. Polskie romantyzm i fin de siecle jest tak nudne i ciężkostrawne, że nic dziwnego, że nikt tego nie czyta. Moment, miałam bronić wielości lektur… Trudno.
Cogito ergo sum
[a teraz kilka akapitów bzdur, które będę potem musiała prostować]
Cogito ergo sum Kartezjusz (“Myślę, więc jestem”)
Ot, proste zdanie, a można je tak wspaniale interpretować, na mnóstwo sposobów. I każdy będzie sensowny.
Zacznijmy od rozwinięcia tego ciągu myślowego tak jak to tłumaczył Descartes. Wątpię we wszystko, niczego nie mogę być pewny. Ale skoro wątpię, to myślę. A skoro myślę, to muszę być. W związku z tym jedyne, czego mogę być pewny, to Ja.
I do tego momentu zgadzam się z Kartezjuszem. Ale potem jest most kartezjański (o tym było w innym moim wpisie). Wiadomo, nie zgadzam się.
Jedyne, czego mogę być pewna, to Ja. Nie oznacza to jednak, że muszę wiedzieć, czym to Ja jest. Mogę być pewna tylko istnienia siebie.
Dla mnie cogito ergo sum ma dwa znaczenia. Pierwsze, ontologiczne znaczenie to to, które jest rozważane w każdym podręczniku. Notabene, zawsze mi się to kojarzy z “Matriksem” xD
Jest też drugie, takie moje własne. Niczego nie możemy być pewni, ale w sensie… hm, antropologicznym? Świat zewnętrzny znamy jedynie przez nasze zmysły. W tym ludzi. Nie możemy być pewni, jacy są inni, ponieważ ich nie znamy. Co wiemy o innych ludziach? Opowiadania, relacje, dzieła. I ich zachowania, gdy przebywamy w ich towarzystwie. Jednak są to informacje częściowe: przecież nigdy nie przebywamy z kimś cały czas, nie widzimy go w każdej minucie życia. Co ważniejsze: nie znamy jego myśli. Obraz drugiego człowieka nigdy nie będzie pełny, bo nigdy nie poznamy jego myśli.
Czy cogito ergo sum jest negacją wszelkich wartości, praw i aksjomatów? Nie. My tylko poddajemy w wątpliwość, co nie oznacza, że z góry musimy założyć, że wszystko jest kłamstwem i nieprawdą. Bo wtedy wszystko by się wyjaśniło, prawda?
Rozmowa o Bogu i bezpieczeństwie (a przy okazji o młodości)
Mój opis na gg: Chcesz szczęścia – wierz w Boga; chcesz prawdy – poszukuj.
Tak, bezpieczeństwo jest nam potrzebne, inaczej człowiek nie byłby w stanie sobie poradzić z codziennością. Jednak w zależności od wieku, usposobienia czy wychowania różnych ilości bezpieczeństwa potrzebujemy.
Wiadomo to od wieków, że młodzi się buntują, a starzy – są konserwatystami.
Jednak do walki potrzebny jest jakiś stały, choćby najmniejszy punkt oparcia. A gdzie w szaleństwie młodości bezpieczeństwo? W domu, przyjaciołach, sobie. W naiwnej miłości do Świata i jego cudowności, barwności. W Młodości, która niezmiennie podszeptuje: “W przyszłości będzie lepiej”. Tylko młode dusze mają nadzieję. A przynajmniej taką mam nadzieję ;p
Nietzsche, oczywiście
Powiedział to, co wielkie umysły wiedziały już od wieków. Jakże klarowne stwierdzenie. Prawdy należy szukać w doświadczeniu, w dowodach, a nie nie w dogmatach i zabobonach.
No tak. Bezpieczeństwo. Ale czy musi to być bezpieczeństwo w Bogu? Nie, dla mnie to nie jest wyjście. Z drugiej strony rozumiem tą potrzebę. Człowiek, nawet ten dorosły, ma potrzebę oparcia. A kto stanowi najlepsze oparcie? Rodzice. To oni są naszymi guru od najmłodszych lat. To oni mówią, co dobre, a co złe. Potem jednak dorastamy, okazuje się, że nie są idealni, popełniają błędy. A Bóg jest właśnie takim Rodzicem. Tyle tylko, że się nigdy nie starzeje, nie umiera. Zawsze jest taki sam, tak samo mądry i wszechwiedzący, jak Rodzice w latach naszego dzieciństwa. Wspaniałe, abstrakcyjne oparcie.
Oczywiście, nie dla mnie
Chcesz prawdy – poszukuj
Cudo. Odkrywaj, zgłębiaj Świat, nie bój się go. Poszukuj, znajduj, tylko po to, by po chwili stwierdzić, że jest coś jeszcze. Że z tego punktu można wyjść dalej, że to nie koniec.
Bo poszukiwanie prawdy nigdy się nie skończy.