Tajemnicze sprzątanie
Będę mieć dzień wolny od pracy przed Świętami…
O, zgrozo! Za jakie grzechy?! Gdy następuje dzień wolny, a zwłaszcza w bezpośredniej okolicy Świąt, człowiek jest zmuszony do zaznajomienia się z tak egzotycznymi zajęciami jak sprzątnie? O cóż chodzi w tych niezrozumiałych rytuałach składających się z dziwnych czynności i gestów? W tej kwestii niezbędne są słowniki, leksykony i opracowania. Z pewnością grupy badaczy już interpretują te mniej lub więcej skoordynowane ruchy i mozolnie tłumaczą znaczenie każdego z tych rytualnych tańców.
Jak do tej pory naukowcy rozszywfrowali jedynie niewielki ułamek z obfitych źródeł dostępnych w naszym świecie. Niezwykłą popularnością cieszy się podanie mówiące o oczyszczeniu (do tej pory badacze się spierają, czy chodzi o czystość duszy, czy pomieszczenia) i o zemście bogów. Otóż ta druga legenda jest niezwykle barwna i zasługuje na naświetlenie. Mówi ona, że bogowie mieli perfidną karę dla dla ludzi, mianowicie sprzątanie. Jeśli bogowie sprzyjali śmiertelnikowi, nie musiał on oczyszczać hacjendy, bo robili to za niego ci współplemieńcy, którzy mieli mniej rozumu i zadarli z bogami. A jakaż to była kara! Iście syzyfowa! Na przykład karą jednego Tomasza było sprzątanie kuchni, w której gotowano dla stu żarłocznych osób (6 posiłków dziennie minimum), a po każdym posiłku zostawiano olbrzymi nieporządek (badacze doszukują się symbolu cykliczności i chaosu z jednoczesną polityką promocji zdrowego odżywiania) lub też opowieść o bohaterskiej Eufemii, która miała wybawić swego ukochanego z podziemnych czeluści, walcząc z obłokami kurzu, które pojawiały się znienacka, osiadając na wszystkim i dusząc swe ofiary – na szczęście sprzyjający jej bogowie zesłali boskiego ptaka zwanego Odkurzaczem, który zjadł wszelkie paskudne magiczne insekty kurzu.
Mitologia sprzątania jest bogata i być może wkrótce uda się skompletować większą jej ilość (naukowcy osiągają wymierne wyniki w tej dziedzinie), ale nadal nie rozwiązano wielu zasadniczych kwestii. Cóż, oby nauka najbliższymi czasy rozwiała wszelkie niejasności jak Eufemia w swej drodze po Olafa.
Do Obiego
Ile razy wśród gorących piasków Tatooine
myślałeś o ogromie swych win?
Ile razy pytałeś siebie samego,
co takiego uczyniłeś dobrego?
Byłeś mu Ojcem, byłeś mu Bratem.
Mistrzem i Wzorem, najbliższą rodziną.
Zawiodłeś swego Padawana, zawiodłeś Przyjaciela.
Choć walczyłeś ramię w ramię,
choć nauczałeś Kodeksu i cnót,
nie widziałeś, jak puste są to słowa.
Godna pochwały jest Twa wierność Zakonowi,
czemu nie uchroniłeś go przed zdradą?
Jak wielkie zaskoczenie czułeś,
gdy skierował miecz przeciwko Tobie?
Widziałeś, że to zrobi. Choć miałeś nadzieję.
Nadzieja to była płonna.
Ileż to razy pośród nocy, w przebraniu mnicha,
śniłeś, że go powstrzymałeś?
Ile razy marzyłeś, życzyłeś,
by być bliżej niego i mu pomóc.
Czy wyrzucałeś sobie, że nie byłeś mu najbliższym,
że nie mówił Ci o Padme?
Zawiodłeś swego Padawana.
Wlałeś w niego gorycz i arogancję,
nie pozwoliłeś mu kochać Zakonu,
tak jak sam kochałeś.
Miast o Mocy, Przepowiedni, Równowadze,
powinieneś mówić o Dobra przewadze.
O Padme, która póty będzie żyła,
póki w nim będzie Moc, w którą wierzyła.
Och, gdyby Twój Mistrz był z Tobą!
Pełen nadziei, wigoru,
ale nie tak naiwny, nie tak w Radę wierzący.
Zaiste, jego Synem był Twój Syn.
Wiedziałeś, ujrzałeś to wszystko, lata po swym kardynalnym błędzie.
I jego synowi włożyłeś miecz do ręki.
Przeciw swemu Synowi, przeciw swemu Bratu.
Na parapecie
Siedzieli wśród mroku, uliczna latarnia rzucała na nich gęsty cień, tworząc z ich twarzy czarno-kremowe malowidła. Wygodnie ulokowani na szerokim parapecie wyglądali w noc miasta. Wraz z każdym kłębem dymu tytoniowego wdychali atmosferę nocy. W ciszy kontemplowali wszystko, co ich otaczało, wewnątrz i nazewnątrz. Spokój, cisza. Jakże pozorne. Tego dnia ulica była pusta, mało kto przechodził, zresztą i tak by tego nie zauważyli.
Siedzieli już jakiś czas. Rio podziwiała gwiazdy latarń i świeżą wilgoć asfaltu, delikatnie zaciągając się dymem. Jej przepełniona spokojem, zrelaksowana postać delikatnie spływała na prawą framugę okna – czasami trudno było się domyślić, czy to okno ją podpierało, czy ona okno. Eliah może i jakiś czas rozkoszował się pięknem nocy, ale jego myśli schodziły na inne tory, natrętna świadomość nieprzyjemnej przyszłości wracała co i rusz. Ciemnobrązowa brew coraz częściej drgała nerwowo, ledwo zauważalnie dzięki cieniowi lamp ulicznych, a ręka niezdarnie strzepywała popiół z peta.
- Nie bądź śmieszny.
Rio przerwała długą, nieznośną nić ciszy jednym zdecydowanym zdaniem. Eliah patrzył i nie wiedział, co powiedzieć.
- Przecież… – zająknął się i utkwił w miejscu.
- Nie przecież, tylko przestałbyś - znowu ten ostry, stanowczy ton. Na swój sposób energiczny i dziarski. – Przestałbyś, bo to zamartwianie się nic nie da. Jej już nie ma. Przyjnajmniej dla ciebie.
- Da się! To jest do zrobienia! – nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, krzyk wyrwał się nie prosto z gardła, a prosto z serca. Powiedział to, co było w samym środku duszy, choć sam może nie zdawał sobie z tego całkiem sprawy.
Rio spojrzała na jego delikatne, niemal dziecięce policzki i uśmiechnęła się smutno. Jakie szczęście, że chronił ją cień lampy.
- Pieprzenie.
- Nie rozumiesz, co ja czuję. Nie rozumiesz… – dwie wielkie łzy spłynęły w rzadką kępkę bródki, nie wiadomo po co hodowanej.
- Jasne, że rozumiem. Ale i ty musisz coś zrozumieć. Nie każdy z każdym może być – mówiła twardo, choć ciągle szeptała.
- Ale ja…
- Mówiłam ci już? Nasze życie jest jak ciągła reinkarnacja. Kiedy jesteś sam, zbierasz doświadczenia. Potem stajesz się nowym człowiekem, kiedy zdobywasz partnera. A potem to kolejne życie umiera, kiedy się rozstajecie. Niektórzy błędnie zaczynają każde życie od nowa, a niektórzy pamiętają swoje poprzednie wcielenia. Zwłaszcza, że z jednego życia w drugie przechodzimy niezauważalnie, nie wiadomo kiedy.
- Ja mam nowe życie – wyjąkał bez przekonania.
- Tak, masz nowe życie, ale tak naprawdę jesteś tylko widmem. Marnujesz swoje kolejne życie na marzenia o powrocie do życia, które już nie istnieje.
- Tamto życie było dobre.
- Ach taaak? – głos Rio zrobił się jadowity – Z pewnością. I z pewnością nie pamiętasz tysięcznych narzekań i żali. Z pewnością nie pamiętasz tego, co było.
Chwila milczenia zdawała się twać wiecznie. Niepostrzeżenie jakiś zbłąkany samochód przejechał w dole i na krótki czas oświetlił ich postaci.
- No dobrze. Niech ci będzie – Rio westchęła – było dobrze, z pewnymi wyjątkami. Więc może gdzieś indziej znajdzie się taka, która nie będzie takich problemów sprawiała, co?
- Ale ta była taka dobra! Lepszej nie znajdę! – Eliah znów zmienił się w misiowatego pantoflarza. Rio nie mogła wytrzymać i wybuchła śmiechem na całą ulicę. Zgięta w pół zdobyła się na wysiłek poklepania go po ramieniu.
- Stary – wysapała – na świecie są dwa miliardy kobiet, tutaj nieco mniej. Możesz wybierać i przebierać, do wyboru, do koloru.
Pośmiała się jeszcze trochę, po czym skocznie zeszła z parapetu i znurzyła się w mrok pokoju. Po chwili dało się usłyszeć odgłos przewracanego krzesła, trzask i jęk:
- Kurwa, ał!
Szuranie między meblami, bibelotami, książkami i nie wiadomo czym jeszcze skończyło się szczękiem szkła i Rio po kilku kolejnych wyzwiskach pojawiła się uśmiechnięta od ucha do ucha z butelką Martini i piwem.
- Oczywiście, że wybierasz piwo – zaśmiała się, podała mu półlitrowego Heinekena i z powrotem usiadła na parapecie. Tym razem usiedli normalnie, nogi wesoło dyndały im, świecąc na biało od blasku latarni. Cztery chude badyle zwane potocznie łydkami, zakończone kościstymi guzami zwanymi również kolanami wzbudziły zainteresowanie ich posiadaczy. Popijając piwo, gapili się na swoje nogi i głupkowato śmieli się do krawężników i dachowców przemykających między samochodami. W tej chwili, w tej jednej długiej na minuty czy godziny chwili czuli, że wszystko jest w porządku, że wszystko będzie dobrze.
Dedykuję przyjacielowi, który tak jak ja, patrzy w przeszłość.
Demony
Światem rządzą Demony. Jest ich mnóstwo i trudno byłoby je wszystkie opisać, zapewne dziejów by na to nie starczyło. Najstarsze z nich, to znaczy te, które się wyłoniły jako pierwsze, nazywane są Demonami Czcigodnymi. Ich moc była ogromna, powszechna i bezwzględna. Co ważne, nigdy nie miały nie tylko ciała, ale i Osobowości. Były istotami samymi w sobie, którym ludzką miarą nie można by było przypisać żadnych cech poza istnieniem. Demony te zarządzały Materią. Ich działanie zazębiało się, łączyło, nachodziło, było zależne od siebie. W wyniku tych zabaw powstawały i upadały galaktyki, obłoki, gwiazdy. Wśród tych zawirowań i zmian powstało Życie. Narodziło się nowe pokolenie Demonów, które było jeszcze bardziej kreatywne niż ich Rodzice. Mało tego, pleniło się w zawrotnym tempie. To ich możemy nazwać Strachem, Ucieczką, Radością, Pożądaniem (ha! przecież prokreacja jest niczym innym jak chęcią Życia do zmiany). Ostatnie Demony zyskały osobowość. I w swej miłości do drobiazgowości niektóre Demony zaczęły same zmieniać się w zwierzęta, ot tak, dla zabawy – w końcu potrafili kontrolować Materię.
I nagle powstało coś jeszcze nowszego – Człowiek. Zrazu nieśmiało, potem z szacunkiem, a następnie bez żadnych zahamowań, zaczęli zmieniać swoje otoczenie. Wszystkie Demony przyjęły Człowieka – działał według ich zasad, zbudowany tak jak go stworzyły. Jednak część Demonów zachwyciła się nim, jego światem. I zmaterializowali się. Mała garstka przyjęła ciała, miała osobowość. Od ludzi odróżniała je tylko niezmienność, nieśmiertelność i wszechwiedza. Bezwzględne, żądne zabawy, podróżowały po świecie i nauczały różnych rzemiosł. Niosły inspirację, dobrobyt, ale też i wojny, niepokoje czy strach. Któż to wie, jak by dzisiaj wyglądał człowiek, gdyby nie ich inspiracje.