Elle czy nie Elle?
Nikogo, kto mnie dobrze zna, stwierdzenie, że zmieniłam decyzję, nie zdziwi. Ten spekt mojego życia jest niezbywalny i koniec.
Naszła mnie ochota na kolejną zmianę… Nie, właściwie decyzja o zmianie rodzi się sama i będzie na pewno trwalsza. Otóż zawsze pociągały mnie ciuchy – uwilbiałam rysować księżniczki, czarodziejki i inne panny (chłopcy mi nie wychodzili). W klasie szóstej podjęłam decyzję – zostanę projektantką mody. Po czym, głupia, nie zgłosiłam się nawet do liceum plastycznego (i chyba słusznie). ASP w Łodzi baj baj… I miałam na oku mniej lub bardziej poważnie karierę historyka, kiedy mi się przypomniało. Ot, banalnie, ale już z najgłębszych wód.
Chciałabym pracować w Vogue. Zważywszy na mój brak ruchliwości międzykontynentalej… a właściwie zagranicznej i krajowej też, stwierdziłam, że polska edycja Elle mi wystarczy. Od dłuższego czasu mam OGROMNE wątpliwości. Jeśli chodzi o ciuchy i kosmetyki, jestem wymagająca, a Elle ma być pismem modowym opiniotwórczym, (z założenia) na wysokim poziomie. Rozumiem, że polskie wydanie Elle jest uzależnione od rynku, reklamodawców i potrzeb konsumenckich, a szczypta pragmatyzmu jest dopuszczalna (Joanna Nojszewska, już była naczelna Elle, na wstępniaku stwierdziła, że każda z nas powinna mieć neutralny trencz, który do wszystkiego pasuje i starcza na kilka lat). Jestem w stanie znieść i przełknąć fakt, że większość prezentowanej odzieży to tylko ciuchy House, bo na razie w Polsce za biedni jesteśmy. Miarka się przebrała, kiedy w poprzednim wydaniu Elle zobaczyłam w artykule cień do powiek Belle. Dla mnie to był osobisty dramat, poważnie się zastanawiałam nad przyszłością magazynu. Bo może niedługo z trudem będziemy mogli odróznić Elle od Avanti? Z obecnym numerem jest nieco lepiej, jeszcze nie obejrzałam całego. Części pisane jak zwykle w porządku, poza durną akcją Stoppodróbkom. Można było subtelniej. Zresztą, czyż nie są podróbkami serie ciuchów domów towarowych, wzorowane na haute couture? Dla religii fashion victims są. Dla innych – niekoniecznie.
I tu powstaje problem: czy iść tam i coś zmieniać, starać się wnieść, ile można, do świetności pisma, czy też może oddać się naukom społecznym, polityce, dyplomacji? Zresztą myślę, że nie ma co kombinować – zostanę sobą, co wyjdzie, to wyjdzie
Maciek Rynarzewski powiedział
10 październik, 2008 @ 7:47 am
pragmatyzm polskiego rynku pracy:
- po Historii pracy w zawodzie najpewniej nie znajdziesz chyba ze będziesz się starała robić karierę naukowa co oznacza długie lata biedy i życie na granicy najniższej krajowej
- podejrzewam że nie tak łatwo przychodząc “z ulicy” znaleźć pracę w Elle. Jak ci się uda zaczepić to tez pewnie czeka cię kilka lat pracy na zlecenie bez umowy i sprzedawanie swoich marzeń, aż staniesz się zgorzkniałą cyniczką i dostaniesz w końcu ten etat ;]
- inna opcja to że będziesz miała po prostu szczęście i dostaniesz wymarzoną pracę niezależnie jaką ona będzie czego ci serdecznie życzę
Przepraszam, że wizje są pesymistyczne ale to ta pogoda za oknem. Jak zaświeci słońce mogę napisać coś weselszego dopiero…
pozdrawiam
edyta powiedział
14 październik, 2008 @ 11:31 am
A chca Cie w Elle, ze masz ten problem?
Bellatrix powiedział
14 październik, 2008 @ 5:37 pm
@Maciek
Dobra, zostanę nauczycielką ;p
Naprawdę nie wiem, co mi wyjdzie w życiu, pewnie ze trzy razy zmienię zdanie
@edyta
Pojechałaś mi. A kto powiedział, że nie mogę tam pracować?
edyta powiedział
17 październik, 2008 @ 12:23 pm
Nikt nie powiedzial, ze nie mozesz tam pracowac.
Nie odpowiedzialas na pytanie.
Bellatrix powiedział
17 październik, 2008 @ 7:19 pm
Nie odpowiedziałam, bo uznałam je za retoryczne.
Nie starałam się o pracę w Elle, bo nie miałabym jak i gdzie tam pracować, na dzień dzisiejszy.