Języki obce w szkołach
Ministerstwo Oświaty ma ambitny plan upowszechnienia języków obcych, a właściwie angielskiego, przez wprowadzenie go od pierwszej klasy podstawówki. Generalnie zgadzam się z samą ideą powszechności nauki. A teraz kilka moich uwag dla Ministerstwa, na podstawie doświadczeń własnych.
Państwo w ciągu tych kilku lat nauki z podatków zapewniło mi: 3 lata nauki języka niemieckiego, 2 lata nauki języka rosyjskiego i 3 lata nauki języka francuskiego. 5 lat języka angielskiego nie liczę, bo nie uznawałam ich za naukę. Jednym słowem, Państwo nie dało mi znajomości żadnego języka, bo i jakość tych nauk nie była najwyższa. Naukę języków traktuje się po macoszemu i czas to zmienić!
Co do języka angielskiego: uczę się go prywatnie od zerówki (nie licząc wcześniejszego kontaktu z anglojęzyczną wersją Cartoon Network) z dwuletnią przerwą w gimnazjum. Zaowocowało to dwoma certyfikatami zdanymi “z marszu” za pierwszym razem: FCE w drugiej liceum i CAE w klasie maturalnej. Maturę podstawową zdałam na 92%. A w chwili obecnej, po roku quasi-lektoratu z angielskiego, mój język cofnął się do czasów sprzed certyfikatów. A co mają powiedzieć ci, którzy ich nie mają?
Ten, kto się zna na języku angielskim i spojrzy na testy maturalne, załamie ręce – nikt nie ceni jego wyników, i ma rację. Test z angielskiego to jedna wielka farsa, niegodna poziomu przyszłego studenta. Taki test powinny robić dzieci w gimnazjum. A na dzień dzisiejszy dobry poziom jest w elitarnych szkołach i na prywatnych kursach. Osobiście nie mam nic przeciwko prywatnym szkołom (sama pół życia w nich spędziłam), ale czy nie szkoda naszych pieniędzy na bezowocną naukę w szkołach?
Z drugiej strony powstaje problem. Bo i owszem, język angielski jest podstawą, ale znajomość innych języków też jest ważna. Niemiecki, francuski, rosyjski, czasami włoski czy hiszpański. Rozwiązanie jest proste, właściwie jesteśmy od niego o krok: wprowadzić POWSZECHNY język angielski obowiązkowy dla wszystkich, a nauka drugiego języka do wyboru, w zależności od regionu czy upodobań własnych.
Można też zrobić coś radykalniejszego, acz skuteczniejszego… Skoro najlepsze wyniki osiągają szkoły prywatne, do których chodzi gros uczniów, a od których się wymaga poziomu, to dlaczego nie zrobić tak i w szkołach? Wprowadźmy wymagania, mniejsze klasy… na przykład niech lekcje języków odbywają się od danej godziny, już po zwykłych zajęciach. Albo w soboty. Nie rozumiem, dlaczego soboty są dniem wolnym od nauki.
A tak ogólnie… Dlaczego nie wymagamy od nauczycieli? Dlaczego narzekamy na tych nauczycieli, którzy wymagają? Dlaczego wymagamy od nauczycieli w prywatnych szkołach językowych, a o lekcje z naszych podatków się nie martwimy? A dlaczego zwykłe szkoły prywatne w Polsce to przechowalnia tumanów o niskim poziomie nauczania? Dlaczego, pytam?