The Devil Wears Prada
Książka i film. Teoretycznie opowiadają o tym samym, ale tak naprawdę są czymś zupełnie różnym. Książka jest ciekawym wycinkiem z życia Manhattanu, a film – komedia romantyczna (trzeba coś dodawać?).
Czy książka mnie zawiodła? Na początku zwałam na Lauren Weisberger, ale w końcu doceniłam ją, bo zrobiła kawał dobrej roboty. Żeby tak twierdzić, trzeba pamiętać, że Andrea to nie Lauren. To tylko postać literacka, jakkolwiek bardzo by były do siebie podobne. Andrea to dziewczyna z klasy średniej, lubiąca się dobrze bawić, mająca charakterek, ambicje, ale intelektualne (zostać dziennikarką w przeintelektualizowanym New Yorkerze). W sumie dziewczyna do polubienia, gdyby tylko chciała zauważyć, że to ona jest dla pracy, a nie praca dla niej.
Podobno Weisberger nie zostawiła suchej nitki na światku mody. Wątpię. Ci, którzy pracują w wielkich miastach, korporacjach, rozumieją, że presja pracy jest ogromna i to jej podporządkowuje się swoje życie. Na pierwszym planie mamy latającą na posyłki Andy, ale treść właściwa jest gdzie indziej – w małych, czasami umykających szczegółach. Tymi szczegółami są chociażby bliźniaczki, u których Andrea wynajmowała klitkę. Zapracowane od świtu do nocy, nie mające czasu na właściwie nic. “Nawet chyba nie zauważyły, że się wyprowadziłam”. Stado bankowców w hallu Elias Clarke, zmęczeni, wyzuci z energii. Oto małe obrazki z życia klasy średniej na Manhattanie. Autorka skupia się na negatywach sukcesu, ale przynajmniej nie wyolbrzymia.
W historii Andrei jesteśmy świadkami rozpadu jej związku z Alexem, a także kryzysu przyjaźni z Lily. Jak to autorka stwierdziła? Ten rok zniszczył jej silny związek i podkopał przyjaźń. Przepraszam bardzo, czy przy tym fragmencie tylko ja się śmiałam? Biorąc posadę asystentki, przesaje się istnieć dla świata zewnętrznego (chyba, że jest to świat mody i showbiznesu). Wzamian za rok wyrzeczeń i niewolnictwa ma się dowolność wybrania zawodu, otwiera się wiele drzwi. Te profity rozumie każdy inteligentny człowiek, prawda? Dlaczego więc jej chłopak nie mógł poczekać tego roku? Dlaczego nie mógł zrozumieć, że na rok jego dziewczyna będzie o wiele mniej dostępna, ale za to dostanie swoją wymarzoną pracę. To prawda, nie dostanie od niej wsparcia, ale Andy sama go potrzebowała. Przyjaźń? Są dni gorsze i lepsze. Nie zawsze można pomóc, nie zawsze wszystko można zauważyć, nawet jeśli się mieszka z przyjaciółką pod jednym dachem, nawet jeśli się zna od kilkunastu lat. I tu od razu kojarzy mi się wyliczanka o przyjaciołach i przyjaciołach polskich (gdzieś na moim blogu – tam odsyłam).
I ostatni smaczek odnośnie wersji literackiej – Andrea trafia z Vogue do Seventeen (taka Dziewczyna albo Twist). I ten szczegół mnie przekonuje, że Lauren jednak idiotką nie jest, tylko pokory i nerwów jej brakło. Czemu tak sądzę? Należy się dokładniej przyjrzeć owym dwóm tytułom, o których otrzymujemy informacje. O Vogue wiedzieć musimy tyle, że jest pismem prestiżowym i legendarnym, tworzącym modę od pokoleń i dla pokoleń. A także, że wymagana jest chudość, zarówno od modelek, jak od redaktorek. O Seventeen dowiadujemy się, że… redaktor naczelna pewnikiem należy do AO (Anonimowych Obżartuchów). I nie ona jedna w redakcji. Magazyn Seventeen, tak jak i zresztą wszystkie magazyny młodzieżowe, to jedna wielka hipokryzja. Tego co prawda Weisberger nie mówi, przynajmniej nie wprost, ale wystarczy zajrzeć do takiego piśmidła, żeby zrozumieć. Nie sposób znaleźć w nich zdjęć NORMALNYCH nastolatek, czyli nie będących modelkami/aktorkami/anorektyczkami, co ukazuje błędny obraz wyglądu młodzieży, a tym samym może powodować zaniżenie samooceny u młodych dziewcząt, w tym prowadzić do anoreksji. Czemu tym się nie zajmą akcje antyanoreksyjne, zamiast ataków na świat haute couture, który jest przynajmniej szczery sam z sobą – tu WSZYSCY mają być chudzi i kropka. Zresztą Vogue jest przeznaczony dla kobiet w każdym wieku (choć w przeważającej wiekszości ubrania prezentują młode dziewczyny), o treści ambitnej (eseje, sztuka, kultura, psychologia). Natomiast “młodzieżówki” są tworzone przez kobiety dorosłe, które nie mają większego kontaktu ze swoimi adresatkami. Zamiast tematów naprawdę życiowych, a przynajmniej popartych statystyką i wiedzą naukową, magazny młodzieżowe nawijają o inicjacji seksualnej (no dobrze, wyjątkiem są porządne artykuły o antykoncepcji czy chorobach wenerycznych), pierwszych razach, zdobywaniu chłopców i innych fantasmagoriach. Co najciekawsze, te historie można sobie wymyślać z głowy, wzorować się na kulturze masowej, a rzadko czerpać z prawdziwego życia. Przykład? Kilka lat temu przeczytałam artykuł o cheerleaderkach, o współzawodnictwie i zawiści między nimi, o szykanach, jakie jedna z dziewcząt przeżyła z winy innej cheerleaderki. Tak, oczywiście, w takie bzdury uwierzyć może tylko gimnazjalistka, która mieszka 300 od większego miasta – na pierwszy rzut oka widać, że temat ściągnięto z wzorca amerykańskiego, a polskie realia kończą się w nim na imionach bohaterek.
Do tej pory w głowie mi się nie mieści, że za normalne uznaje się gazety, w których pokazuje się “normalne” życie, a które ma z nim niewiele wspólnego; gdzie podstępnie, niemal podświadomie narzuca się używanie kosmetyków by być piękniejszym; gdzie jedyne ambicje, jakie się lansuje, to zdobycie chłopaka, gdzie właściwie czytelniczkom nie stawia się żadnej poprzeczki – ani kulturalnej, ani estetycznej. Za to czasopisma takie jak Vogue, które kształtują światopogląd, wzbogacają naszą kulturę, sprawiają, że zwykła sukienka i zwykła dziewczyna stają się dziełem sztuki; które dają wzorce niższym warstwom modowego łańcucha pokarmowego; które swoim czytelniczkom ustawiają poprzeczkę, a zarazem pokazują, że wszystko jest możliwe, są uważane za niepotrzebne udziwnienia, za psychopatię, coś niepotrzebnego.
Kiedy następnym razem odwiedzę salon prasowy, doskonale wiem, gdzie się mój wzrok zatrzyma – i nie będzie to Twist. Życzę Wam wszystkim, żebyście podejmowali równie mądre decyzje.
Ave!