Języki obce w szkołach

30 lipiec, 2008 at 11:32 pm (Myśli mniej uczesane, uczelnia) (, , , , , , , , )

Ministerstwo Oświaty ma ambitny plan upowszechnienia języków obcych, a właściwie angielskiego, przez wprowadzenie go od pierwszej klasy podstawówki. Generalnie zgadzam się z samą ideą powszechności nauki. A teraz kilka moich uwag dla Ministerstwa, na podstawie doświadczeń własnych.

Państwo w ciągu tych kilku lat nauki z podatków zapewniło mi: 3 lata nauki języka niemieckiego, 2 lata nauki języka rosyjskiego i 3 lata nauki języka francuskiego. 5 lat języka angielskiego nie liczę, bo nie uznawałam ich za naukę. Jednym słowem, Państwo nie dało mi znajomości żadnego języka, bo i jakość tych nauk nie była najwyższa. Naukę języków traktuje się po macoszemu i czas to zmienić!

Co do języka angielskiego: uczę się go prywatnie od zerówki (nie licząc wcześniejszego kontaktu z anglojęzyczną wersją Cartoon Network) z dwuletnią przerwą w gimnazjum. Zaowocowało to dwoma certyfikatami zdanymi “z marszu” za pierwszym razem: FCE w drugiej liceum i CAE w klasie maturalnej. Maturę podstawową zdałam na 92%. A w chwili obecnej, po roku quasi-lektoratu z angielskiego, mój język cofnął się do czasów sprzed certyfikatów. A co mają powiedzieć ci, którzy ich nie mają?

Ten, kto się zna na języku angielskim i spojrzy na testy maturalne, załamie ręce – nikt nie ceni jego wyników, i ma rację. Test z angielskiego to jedna wielka farsa, niegodna poziomu przyszłego studenta. Taki test powinny robić dzieci w gimnazjum. A na dzień dzisiejszy dobry poziom jest w elitarnych szkołach i na prywatnych kursach. Osobiście nie mam nic przeciwko prywatnym szkołom (sama pół życia w nich spędziłam), ale czy nie szkoda naszych pieniędzy na bezowocną naukę w szkołach?

Z drugiej strony powstaje problem. Bo i owszem, język angielski jest podstawą, ale znajomość innych języków też jest ważna. Niemiecki, francuski, rosyjski, czasami włoski czy hiszpański. Rozwiązanie jest proste, właściwie jesteśmy od niego o krok: wprowadzić POWSZECHNY język angielski obowiązkowy dla wszystkich, a nauka drugiego języka do wyboru, w zależności od regionu czy upodobań własnych.

Można też zrobić coś radykalniejszego, acz skuteczniejszego… Skoro najlepsze wyniki osiągają szkoły prywatne, do których chodzi gros uczniów, a od których się wymaga poziomu, to dlaczego nie zrobić tak i w szkołach? Wprowadźmy wymagania, mniejsze klasy… na przykład niech lekcje języków odbywają się od danej godziny, już po zwykłych zajęciach. Albo w soboty. Nie rozumiem, dlaczego soboty są dniem wolnym od nauki.

A tak ogólnie… Dlaczego nie wymagamy od nauczycieli? Dlaczego narzekamy na tych nauczycieli, którzy wymagają? Dlaczego wymagamy od nauczycieli w prywatnych szkołach językowych, a o lekcje z naszych podatków się nie martwimy? A dlaczego zwykłe szkoły prywatne w Polsce to przechowalnia tumanów o niskim poziomie nauczania? Dlaczego, pytam?

Bezpośredni odnośnik 10 komentarzy

Rodzina

26 lipiec, 2008 at 6:00 pm (Myśli mniej uczesane, Uzewnętrznienia)

Historia mojej Rodziny jest dla mnie fascynująca, być może dlatego, że taka prawdziwa, codzienna i… pełna bólu. Nie było w niej historii oświęcimskich ani bohaterów Solidarności (z tego, co wiem). Zwykli, ale jakże kochani i mądrzy ludzie, którzy trzymali się razem i razem cierpieli. (Dobra, mój Pradziadek był na robotach w Niemczech)

Czy moja Rodzina jest przeklęta? Każdy w niej choruje (poza mną, chyba że wypatrzą psychiczną…), ma dolegliwości, cięzkie choroby, śmierć, i to wcale nie u najstarszych, chociaż oni też cierpią. A mimo to zachowuje się nasza żywotność, chęć trzymania więzi, nawet jeśli jesteśmy od siebie daleko. I narzekamy, kiedy najmłodsze latorośle są nie do obejrzenia, bo za młode albo rodzice pracują, więc domagamy się choćby zdjęć, na odległość chcemy kontaktu.

I co ja pieprzę? Niby kocham swoją Rodzinę, ale nigdy nie ma czasu na kontakt, aż ta sławetna więź zamienia się w zwykły frazes… Smutne. Ale czasami, choć na krótki moment, ta więź odżywa wraz z pierwszymi słowami, z pierwszym spojrzeniem i jest się szczęśliwym, a zarazem dumnym, że to nasza Rodzina.

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

Reformy własne systemu oświaty

14 lipiec, 2008 at 8:55 pm (uczelnia) (, , )

Jakiś czas temu (9 lipca?) redaktorzy Dziennika wyczuli sezon ogórkowy i uraczyli nas beznadziejnym tekstem na pierwszą stronę o stanie znajomości języka angielskiego przez polską młodzież. Tekst napisanytylko po to, żeby zapełnić pierwszą stronę, a komentarze a i owszem, rzuciły nieco światła na konsekwencje nieznajomości języków obcych, jednocześnie pokazując przykłady innych krajów.

A teraz ja powiem, jakie czynności uważam za zbawienne dla polskiej oświaty. Oto mój program, w którym, po swoich świeżych doświadczeniach, wyłuszczam w tym wpisie:

  1. Wielkość klas. Klasy powinny być małe to od najmłodszych lat. Dzięki temu dostajemy gwarancję, że dziecko zostanie dobrze nauczone. A jak myślicie, czemu prywatne szkoły językowe mają takie dobre rezultaty?
  2. Co do języków obcych. Tu klasy też mają być małe, najlepiej kilkuosobowe. Jak to zrobić?  Podzielić klasę na dwie grupy, kiedy jedna będzie miała jeden język, druga grupa będzie na drugim. A potem zmiana. Podpatrzone w moim starym gimnazjum, gdzie takie praktyki robiono z niemieckim i chemią (drugiego języka nie było).
  3. Wywalić religię ze szkół!
  4. Przywrócić szkole renomę. Czyli chciałabym, żeby liceum miało poziom. Obecnie wszyscy się pchają do liceum, wszystkich sie przepuszcza, maturę zdają osoby, które wg wykładni z dwudziestolecia międzywojennego powinny oblać.
  5. Przywrócić szacunek nauczycielskiej profesji. A jak? Podwyżkami. Tak, aby były to posady, o które biją się najlepsi i najzdolniejsi pedagodzy, by był to zaszczyt. Obecnie idą albo idealiści, którzy mają powołanie (w zamian za niskie pensje), albo osoby, które nie znalazły pracy gdzie indziej (bądź też z innego powodu wylądowały na swym znienawidzonym stanowisku).
  6. Oprzeć oświatę w liceum na kreatywności. Małe grupy, w których się dyskutuje, uczy, może nawet robi eksperymenty. I elastyczniejszy plan zajęć. I na części zajęć, na przykład na WOSie, powinno się dyskutować o polityce, sprawach bierzących. Uczeńnien być kształcony dokładnie, i na przyszłego studenta, i na obywatela Polski i Europy. (Ha, może by wprowadzić etykę?)

Bezpośredni odnośnik 8 komentarzy

Na parapecie

13 lipiec, 2008 at 12:39 pm (Dzieła własne)

Siedzieli wśród mroku, uliczna latarnia rzucała na nich gęsty cień, tworząc z ich twarzy czarno-kremowe malowidła. Wygodnie ulokowani na szerokim parapecie wyglądali w noc miasta. Wraz z każdym kłębem dymu tytoniowego wdychali atmosferę nocy. W ciszy kontemplowali wszystko, co ich otaczało, wewnątrz i nazewnątrz. Spokój, cisza. Jakże pozorne. Tego dnia ulica była pusta, mało kto przechodził, zresztą i tak by tego nie zauważyli.

Siedzieli już jakiś czas. Rio podziwiała gwiazdy latarń i świeżą wilgoć asfaltu, delikatnie zaciągając się dymem. Jej przepełniona spokojem, zrelaksowana postać delikatnie spływała na prawą framugę okna – czasami trudno było się domyślić, czy to okno ją podpierało, czy ona okno. Eliah może i jakiś czas rozkoszował się pięknem nocy, ale jego myśli schodziły na inne tory, natrętna świadomość nieprzyjemnej przyszłości wracała co i rusz. Ciemnobrązowa brew coraz częściej drgała nerwowo, ledwo zauważalnie dzięki cieniowi lamp ulicznych, a ręka niezdarnie strzepywała popiół z peta.

- Nie bądź śmieszny.

Rio przerwała długą, nieznośną nić ciszy jednym zdecydowanym zdaniem. Eliah patrzył i nie wiedział, co powiedzieć.

- Przecież… – zająknął się i utkwił w miejscu.

- Nie przecież, tylko przestałbyś - znowu ten ostry, stanowczy ton. Na swój sposób energiczny i dziarski. – Przestałbyś, bo to zamartwianie się nic nie da. Jej już nie ma. Przyjnajmniej dla ciebie.

- Da się! To jest do zrobienia! – nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, krzyk wyrwał się nie prosto z gardła, a prosto z serca. Powiedział to, co było w samym środku duszy, choć sam może nie zdawał sobie z tego całkiem sprawy.

Rio spojrzała na jego delikatne, niemal dziecięce policzki i uśmiechnęła się smutno. Jakie szczęście, że chronił ją cień lampy.

- Pieprzenie.

- Nie rozumiesz, co ja czuję. Nie rozumiesz… – dwie wielkie łzy spłynęły w rzadką kępkę bródki, nie wiadomo po co hodowanej.

- Jasne, że rozumiem. Ale i ty musisz coś zrozumieć. Nie każdy z każdym może być – mówiła twardo, choć ciągle szeptała.

- Ale ja…

- Mówiłam ci już? Nasze życie jest jak ciągła reinkarnacja. Kiedy jesteś sam, zbierasz doświadczenia. Potem stajesz się nowym człowiekem, kiedy zdobywasz partnera. A potem to kolejne życie umiera, kiedy się rozstajecie. Niektórzy błędnie zaczynają każde życie od nowa, a niektórzy pamiętają swoje poprzednie wcielenia. Zwłaszcza, że z jednego życia w drugie przechodzimy niezauważalnie, nie wiadomo kiedy.

- Ja mam nowe życie – wyjąkał bez przekonania.

- Tak, masz nowe życie, ale tak naprawdę jesteś tylko widmem. Marnujesz swoje kolejne życie na  marzenia o powrocie do życia, które już nie istnieje.

- Tamto życie było dobre.

- Ach taaak? – głos Rio zrobił się jadowity – Z pewnością. I z pewnością nie pamiętasz tysięcznych narzekań i żali. Z pewnością nie pamiętasz tego, co było.

Chwila milczenia zdawała się twać wiecznie. Niepostrzeżenie jakiś zbłąkany samochód przejechał w dole i na krótki czas oświetlił ich postaci.

- No dobrze. Niech ci będzie – Rio westchęła – było dobrze, z pewnymi wyjątkami. Więc może gdzieś indziej znajdzie się taka, która nie będzie takich problemów sprawiała, co?

- Ale ta była taka dobra! Lepszej nie znajdę! – Eliah znów zmienił się w misiowatego pantoflarza. Rio nie mogła wytrzymać i wybuchła śmiechem na całą ulicę. Zgięta w pół zdobyła się na wysiłek poklepania go po ramieniu.

- Stary – wysapała – na świecie są dwa miliardy kobiet, tutaj nieco mniej. Możesz wybierać i przebierać, do wyboru, do koloru.

Pośmiała się jeszcze trochę, po czym skocznie zeszła z parapetu i znurzyła się w mrok pokoju. Po chwili dało się usłyszeć odgłos przewracanego krzesła, trzask i jęk:

- Kurwa, ał!

Szuranie między meblami, bibelotami, książkami i nie wiadomo czym jeszcze skończyło się szczękiem szkła i Rio po kilku kolejnych wyzwiskach pojawiła się uśmiechnięta od ucha do ucha z butelką Martini i piwem.

- Oczywiście, że wybierasz piwo – zaśmiała się, podała mu półlitrowego Heinekena i z powrotem usiadła na parapecie. Tym razem usiedli normalnie, nogi wesoło dyndały im, świecąc na biało od blasku latarni. Cztery chude badyle zwane potocznie łydkami, zakończone kościstymi guzami zwanymi również kolanami wzbudziły zainteresowanie ich posiadaczy. Popijając piwo, gapili się na swoje nogi i głupkowato śmieli się do krawężników i dachowców przemykających między samochodami. W tej chwili, w tej jednej długiej na minuty czy godziny chwili czuli, że wszystko jest w porządku, że wszystko będzie dobrze.

Dedykuję przyjacielowi, który tak jak ja, patrzy w przeszłość.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Narzekania i utopie

10 lipiec, 2008 at 6:23 pm (Polityka) (, , , , )

Podejrzewam, że jestem zbyt poważna, wręcz śmietelnie poważna i nie mam dystansu do polskich polityków, bo strasznie mnie denerwuje ich demagogia, owijanie w bawełnę i gra polityczna. Z drugiej strony nie do końca jest to ich wina, wiele warunkują także media. W najróżniejszych dziennikach telewizyjnych prym wiodą wyrwane z kontekstu bądź upolitycznione wypowiedzi i komentarze polityków okraszone jeszcze bardziej politycznymi komentarzami dziennikarzy. Każdy, kto jest w “tym złym” obozie, jest z góry krytykowany, niezależnie od tego, co zrobił. Na Zbigniewie Ziobro wieszają psy, właściwie przyprawiają mu diabelską twarz, bo pożyczył laptopa, bo pokazał dokumenty, bo… JEST Z PiS. Dlaczego zamiast zajmować się partyjną przynależnością pana Ziobry nie zapytamy o jego wykształcenie? Dlaczego to nie interesuje opinii publicznej? Jakiś czas temu czytałam (czyżby w Angorze?) artykuł poświęcony karierze prawniczej pana Ziobro. Z góry zakładam, że skoro nikt nie żądał oficjalnych przeprosin i nie było kolejnej afery, to artykuł mówił prawdę. Otóż autorzy artykułu przedstawiają Ziobrę jako niekompetentnego prawnika, którego jedyna sprawa, jaką poprowadził, dotyczyła jego znajomych z uczelni, a którą przegrał (w sprawie zaistniał także wątek nagrywania – pan Ziobro nagrywał, rzecz jasna). I dlaczego nikt tym się nie zajmuje? Czy tak ma wyglądać prokurator generalny?

Wróćmy do mediów. Obecnym mediom potrzebna jest papka, którą się będą karmić rzesze głupich ludzi. Ewentualnie ci nieco mądrzejsi, zmęczeni słownymi przepychankami, wyłączają się z polityki, poniekąd słusznie uważając, że to jedna wielka farsa i głupoty mówią, a polityka to cyrk. I o to chyba chodzi mediom – o odciągnięcie obywateli od spraw publicznych, o jeszcze mniejsze zainteresowanie nimi, o wychowanie kolejnych rzesz biernych obywateli. Media same mącą i podsycają złą atmosferę.

I w takim środowisku wypada się wypowiadać politykom. Do głosu dochodzą showmani (patrz: Palikot), których mało kto bierze na poważnie, a którzy mają za zadanie robić dym, najlepiej zasłaniający niedociągnięcia “partii właściwej” (w domyśle: PO, czasami PiS i LiD), a gryzący przeciwników. Ostatnio zrobiła się kolejna afera w związku z wytycznymi dla posłów PO. Osobiście nic do takich wskazówek nie mam, pod warunkiem, że są rzetelne – rozumiem, że partia jako stado musi trzymać się razem, w tym mieć wspólne stanowisko, co na zewnątrz świadczy o jedności, nawet jeśli wewnątrz są jakies utarczki i trudności. Niestety, wskazówki dla członków PO mnie zawiodły - demagogia i słownictwo rodem z lat 50., gdzie półanalfabeci (czytaj: niżsi urzędnicy SB) ganiali za akowcami po lasach. Dziennik podał nawet kilka przykładów zastosowania tych wskazówek. Ale nie trzeba ich czytać, wystarczy przejść kilka stron dalej i przeczytać wywiad pana ministra Ćwiąkalskiego, gdzie przytyków dla PiS i Ziobry nie brakuje (“Mam mocne dowody przeciw Ziobrze”), a właściwie porównań, ile to za jego czasów zrobiło się spraw, a za Kaczyńskich i Ziobry był tylko chaos. Z wywiadu jasno wynika, że aparat ścigania pracuje całkiem sprawnie, aczkolwiek są też zastoje i niedociągnięcia – ideał to to nie jest, ale znośny.

W gruncie rzeczy wszyscy w PO robią to samo: chwalą się, czego to oni nie zrobili, jacy są lepsi od PiSu, a jednocześnie zasłaniają swoje braki sprawami zastępczymi. I cały czas sprawiają wrażenie starających się, zapracowanych, działających. Nie wątpię, że w ministerstwach prace się toczą cały czas – w końcu od tego są niezliczone departamenty i urzędy, w których pracują osoby ze wszech miar kompetentne. Ale jednak wizerunek uśmiechających się do kamer ministrów, a zwłaszcza ich prezesa, zaczyna mnie denerwować. Jeśli ktoś pracuje, powinien mieć jakieś rezultaty.

Taka mała dygresyjka odnośnie rezultatów – kilka tygodni temu oglądałam posiedzenie Sejmu. Tego dnia Komisja Nadzwyczajna Przyjazne Państwo (tak, to ten konik Palikota i Poncyljusza) PO RAZ PIERWSZY zgłosiła wniosek poprawki. Przed oczytaniem wniosku pan poseł (nazwiska nie pamiętam) pozwolił sobie krótko opowiedzieć o Komisji i jej działaniu. Ważne, że stwierdził, że przeczytali kilkaset wniosków i listów obywateli, chyba nawet zasięgneli rady ekspertów. A wniosek dotyczył… ustawy spadkowej. Problem w sumie uciążliwy, bo dotyczył wymogu składania oświadczenia o stopniu pokrewieństwa w celu zwolnienia od podatku (jeśli się go nie złoży, trzeba normalnie ten podatek zapłacić). A i owszem, Przyjazne Państwo złożyło wniosek, ale miernej jakości – opozycja także miała wiele do powiedzenia na ten temat, pojawiło się sporo zastrzeżeń. Stwierdzę arogancko – ja 15 minut przed rozpoczęciem obrad skleciłabym lepszy. Tyle odnośnie wydajności  naszych urzędników.

Wracamy do pracy Rządu. W gruncie rzeczy jestem w stanie wybaczyć i usprawiedliwić zachowanie Rządu Tuska. Wszyscy wiemy, że Rzym nie od razu zbudowano i nie można Rządu rozliczać po stu dniach i rządać spektakularnych cudów widocznego dobrobytu i innych El Dorado. Lepiej zająć się daną kwestią o miesiąc dłużej, ale dokładniej, i wypracować sprawnie działającą ustawę, która nie będzie wymagała poprawek. Nasz Rząd dostał kredyt zaufania, ale nacisk mediów i opozycji przyciska go do muru, żądając niemożliwego. Współczuję tym, którzy wierzą mediom.

Czy mam jakiś program naprawy Rzeczypospolitej? Nie. Mam za to marzenie. Wyobraźcie to sobie – prezydent to osoba wykształcona, poważana, autorytatywna i z autorytetem, odpowiednimi znajomościami zarówno w kraju, jak i za granicą. Godny reprezentant Polski na arenie światowej, jednocześnie mąż stanu w kraju, potrafiący wspierać Premiera i trudne decyzje, jeśli zachodzi taka potrzeba. Słuchająca znawców, nie głupich partyjnych doradców.

Premier. Kolejny mąż stanu, potrafiący mobilizować podwładnych do pracy. Kompetentny, zorganizowany, darzący zaufaniem ministrów i wymagający. Potrafiący zażegnywać kłótnie i spory między ministrami, dochodzić do kompromisu. A jeśli państwo czeka seria bolesnych, ale niezędnych reform, podejmuje je, nawet za cenę niepopularności politycznej.

Ministrowie – ludzie wykształceni, pracujący w swojej dziedzinie. Kompetentni, zorganizowani.

Tyle, jeśli chodzi o moje utopie.

Bezpośredni odnośnik 11 komentarzy

The Devil Wears Prada

9 lipiec, 2008 at 1:07 am (Mniam!) (, , , , , , )

Książka i film. Teoretycznie opowiadają o tym samym, ale tak naprawdę są czymś zupełnie różnym. Książka jest ciekawym wycinkiem z życia Manhattanu, a film – komedia romantyczna (trzeba coś dodawać?).

Czy książka mnie zawiodła? Na początku zwałam na Lauren Weisberger, ale w końcu doceniłam ją, bo zrobiła kawał dobrej roboty. Żeby tak twierdzić, trzeba pamiętać, że Andrea to nie Lauren. To tylko postać literacka, jakkolwiek bardzo by były do siebie podobne. Andrea to dziewczyna z klasy średniej, lubiąca się dobrze bawić, mająca charakterek, ambicje, ale intelektualne (zostać dziennikarką w przeintelektualizowanym New Yorkerze). W sumie dziewczyna do polubienia, gdyby tylko chciała zauważyć, że to ona jest dla pracy, a nie praca dla niej.

Podobno Weisberger nie zostawiła suchej nitki na światku mody. Wątpię. Ci, którzy pracują w wielkich miastach, korporacjach, rozumieją, że presja pracy jest ogromna i to jej podporządkowuje się swoje życie. Na pierwszym planie mamy latającą na posyłki Andy, ale treść właściwa jest gdzie indziej – w małych, czasami umykających szczegółach. Tymi szczegółami są chociażby bliźniaczki, u których Andrea wynajmowała klitkę. Zapracowane od świtu do nocy, nie mające czasu na właściwie nic. “Nawet chyba nie zauważyły, że się wyprowadziłam”. Stado bankowców w hallu Elias Clarke, zmęczeni, wyzuci z energii. Oto małe obrazki z życia klasy średniej na Manhattanie. Autorka skupia się na negatywach sukcesu, ale przynajmniej nie wyolbrzymia.

W historii Andrei jesteśmy świadkami rozpadu jej związku z Alexem, a także kryzysu przyjaźni z Lily. Jak to autorka stwierdziła? Ten rok zniszczył jej silny związek i podkopał przyjaźń. Przepraszam bardzo, czy przy tym fragmencie tylko ja się śmiałam? Biorąc posadę asystentki, przesaje się istnieć dla świata zewnętrznego (chyba, że jest to świat mody i showbiznesu). Wzamian za rok wyrzeczeń i niewolnictwa ma się dowolność wybrania zawodu, otwiera się wiele drzwi. Te profity rozumie każdy inteligentny człowiek, prawda? Dlaczego więc jej chłopak nie mógł poczekać tego roku? Dlaczego nie mógł zrozumieć, że na rok jego dziewczyna będzie o wiele mniej dostępna, ale za to dostanie swoją wymarzoną pracę. To prawda, nie dostanie od niej wsparcia, ale Andy sama go potrzebowała. Przyjaźń? Są dni gorsze i lepsze. Nie zawsze można pomóc, nie zawsze wszystko można zauważyć, nawet jeśli się mieszka z przyjaciółką pod jednym dachem, nawet jeśli się zna od kilkunastu lat. I tu od razu kojarzy mi się wyliczanka o przyjaciołach i przyjaciołach polskich (gdzieś na moim blogu – tam odsyłam).

I ostatni smaczek odnośnie wersji literackiej – Andrea trafia z Vogue do Seventeen (taka Dziewczyna albo Twist). I ten szczegół mnie przekonuje, że Lauren jednak idiotką nie jest, tylko pokory i nerwów jej brakło. Czemu tak sądzę? Należy się dokładniej przyjrzeć owym dwóm tytułom, o których otrzymujemy informacje. O Vogue wiedzieć musimy tyle, że jest pismem prestiżowym i legendarnym, tworzącym modę od pokoleń i dla pokoleń. A także, że wymagana jest chudość, zarówno od modelek, jak od redaktorek. O Seventeen dowiadujemy się, że… redaktor naczelna pewnikiem należy do AO (Anonimowych Obżartuchów). I nie ona jedna w redakcji. Magazyn Seventeen, tak jak i zresztą wszystkie magazyny młodzieżowe, to jedna wielka hipokryzja. Tego co prawda Weisberger nie mówi, przynajmniej nie wprost, ale wystarczy zajrzeć do takiego piśmidła, żeby zrozumieć. Nie sposób znaleźć w nich zdjęć NORMALNYCH nastolatek, czyli nie będących modelkami/aktorkami/anorektyczkami, co ukazuje błędny obraz wyglądu młodzieży, a tym samym może powodować zaniżenie samooceny u młodych dziewcząt, w tym prowadzić do anoreksji. Czemu tym się nie zajmą akcje antyanoreksyjne, zamiast ataków na świat haute couture, który jest przynajmniej szczery sam z sobą – tu WSZYSCY mają być chudzi i kropka. Zresztą Vogue jest przeznaczony dla kobiet w każdym wieku (choć w przeważającej wiekszości ubrania prezentują młode dziewczyny), o treści ambitnej (eseje, sztuka, kultura, psychologia). Natomiast “młodzieżówki” są tworzone przez kobiety dorosłe, które nie mają większego kontaktu ze swoimi adresatkami. Zamiast tematów naprawdę życiowych, a przynajmniej popartych statystyką i wiedzą naukową, magazny młodzieżowe nawijają o inicjacji seksualnej (no dobrze, wyjątkiem są porządne artykuły o antykoncepcji czy chorobach wenerycznych), pierwszych razach, zdobywaniu chłopców i innych fantasmagoriach. Co najciekawsze, te historie można sobie wymyślać z głowy, wzorować się na kulturze masowej, a rzadko czerpać z prawdziwego życia. Przykład? Kilka lat temu przeczytałam artykuł o cheerleaderkach, o współzawodnictwie i zawiści między nimi, o szykanach, jakie jedna z dziewcząt przeżyła z winy innej cheerleaderki. Tak, oczywiście, w takie bzdury uwierzyć może tylko gimnazjalistka, która mieszka 300 od większego miasta – na pierwszy rzut oka widać, że temat ściągnięto z wzorca amerykańskiego, a polskie realia kończą się w nim na imionach bohaterek.

Do tej pory w głowie mi się nie mieści, że za normalne uznaje się gazety, w których pokazuje się “normalne” życie, a które ma z nim niewiele wspólnego; gdzie podstępnie, niemal podświadomie narzuca się używanie kosmetyków by być piękniejszym; gdzie jedyne ambicje, jakie się lansuje, to zdobycie chłopaka, gdzie właściwie czytelniczkom nie stawia się żadnej poprzeczki – ani kulturalnej, ani estetycznej. Za to czasopisma takie jak Vogue, które kształtują światopogląd, wzbogacają naszą kulturę, sprawiają, że zwykła sukienka i zwykła dziewczyna stają się dziełem sztuki; które dają wzorce niższym warstwom modowego łańcucha pokarmowego; które swoim czytelniczkom ustawiają poprzeczkę, a zarazem pokazują, że wszystko jest możliwe, są uważane za niepotrzebne udziwnienia, za psychopatię, coś niepotrzebnego.

Kiedy następnym razem odwiedzę salon prasowy, doskonale wiem, gdzie się mój wzrok zatrzyma – i nie będzie to Twist. Życzę Wam wszystkim, żebyście podejmowali równie mądre decyzje.

Ave!

Bezpośredni odnośnik 3 komentarzy

Moje wąty

8 lipiec, 2008 at 11:36 pm (Uzewnętrznienia)

Prosiłeś, żebym usunęła tamten wpis. Mój pierwszy naprawdę osobisty wpis od dawna, na dodatek nie mówiłam w nim nic najkonkretniejszego, ale się bałeś. Bałeś się cholernie “gadania”, “śmiechów”, bo czasem ten wpis mógłby Cię zdemaskować. I tylko i wyłącznie dla świętego spokoju to usunęłam, zwłaszcza, że owijałam w bawełnę i w końcu sama stwierdziłam, że ten wpis jest do niczego.

Ale znowu, po raz kolejny, po raz setny, tysięczny, milionowy, duszę się. Duszę się tym, że nie mogę powiedzieć własnego zdania, że na każdym pieprzonym kroku muszę robić sobie rachunek sumienia, czy to, co powiedziałam, było głupie, czy nie popełniłam gafy, czy się nie będą śmieli. Wybaczcie, ale to nie ja. Męczy mnie ta małomiasteczkowa, kołtuńska moralność, gdzie nie można być kimś innym, niż reszta, gdzie zawsze trzeba uważać na to, co się mówi.

Tak! Przyniosłam na egzamin miśka! I co z tego! Przynajmniej było zabawnie, a ja miałam co ściskać, zamiast umierać ze strachu.

I znowu wyszła szarpanina, nie normalny, ładny wpis. Trudno.

PS: Lunetariusie, w moim i jego relacjach pytań nie było i nie będzie. Wszystko jest jasne i oczywiste.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Pierwsza praca

2 lipiec, 2008 at 11:51 pm (Uzewnętrznienia)

Ha! Jestem po drugim dniu swojej pierwszej pracy. Pakujemy różne rzeczy gospodarstwa domowego do opakowań. Nic ciężkiego, chociaż tempo trzeba trzymać. Jedyne, co mnie denerwuje to to, że wiele naszej pracy się marnuje, bo maszyna źle składa albo się zapycha pojemniczkami. Czyli jakieś 500 ściereczek do kurzu musiało być rozpakowanym i jeszcze raz sklejonym. Ile plastiku poszło! Ile innego sie popsuło! I cała pachnę Brise, bo pomagałam jeszcze przy produkcji tych zniczy zapachowych…

Bezpośredni odnośnik 8 komentarzy