Mgła
Horror SF, USA 2007. Na podstawie twórczości Stephena Kinga.
Pierwsze zdanie mogłoby sugerować, że to chłam (i tak myślałam przez dłuższy czas). Mało tego, nawet nazwisko Kinga niewiele dało – w końcu adaptację łatwo spieprzyć. Tymczasem… chylę czoła.
To nie jest typowy horror, gdzie straszą kukły, potwory czy inne takie. Nasze społeczeństwo już się nie boi ufoludków, robali. Ot, tyle co adrenalina z powodu nagłej zmiany akcji. King doskonale wie, że tym, czego się boimy, jesteśmy my sami. Oglądając Mgłę bardziej niż robali bałam się pani Carmody i jej wyznawców. Serio. Największym zagrożeniem był strach.
Dobra, jestem śpiąca. I tak ten, kto nie oglądał, może sobie tylko powyobrażac, a kto ogladal, to wie, o co mi chodzi z pania Carmody. I pewnie sie domyslacie, co czulam, kiedy im sie benzyna skonczyla… Shit…
O autorach slow kilka:
Frank Darabont – rezyser indiany Jonesa i Opowiesci z krypty, Zielona mila i Skazani na Shawshank. Czy trzeba cos jeszcze dodawac?
King. Nazwisko mowi wszystko. Ale czy wiecie, że King dawał materiał do Dzieci kukurydzy? xD Kto by pomyslal, a wygladal na takiego porzadnego czlowieka…
Wiersz…
Czar, którego myśl nie schwyci,
Urok dziwu snem się przędzie:
Coś, co nigdzie – a co wszędzie,
Coś, co nigdy – a co zawsze,
Najsmutniejsze, najłaskawsze,
Znane, a nieodgadnione,
Posiadane, a stracone,
Coś z żałoby i pociechy,
Coś przez łzy i półuśmiechy…
Nie wie nikt, gdzie szczęście mieszka.
Żadna doń nie wiedzie ścieżka,
Lecz bezdroże, nie bezdroże,
Wielkie morze, czy nie morze…
Czasem o nim wieść dolata,
Że za krańcem bawi świata,
Za gwiazdami, mgławicami,
Lecz czym jest! – nie wiemy sami.
mój Wróg, ***
Rozmowa
Wiesz, że przegrałaś?
Wiem.
No i po co? Po co wybrałaś tą durną ścieżkę? Nie mogłaś normalnie?
A czy to ma jakieś znaczenie?
Przeżyłabyś. Miałabyś to, czego chciałaś.
Miałabym. Ale nie byłabym sobą.
Wiesz, że ta droga, którą wybrałaś, to droga porażki? Jesteś skazana na porażkę.
Mam nadzieję. Miałam nadzieję. Że może jednak jest inaczej.
Nie. Nigdy nie docenią miłości.
Mówi się trudno. Trzeba jakoś z tym żyć.
Więc dołącz do mnie.
Nie.
Nie widzisz, przecież i tak jesteś moja. I tak jesteś moim dzieckiem.
Ale wyrodnym.
…
Marnotrawnym?
Przecież to nie ma znaczenia, którą drogę obiorę.
Wrócisz.
Przybędę. Kiedyś w końcu się obudzę i zacznę żyć.
A to Cię zniszczy.
Przecież i tak bym umarła. Co za różnica?
Dla mnie – żadna.
I dlatego tak Cię kocham?
I nienawidzisz.
Nie, nie nienawidzę. Po prostu – nie chcę być w tym samym kotle.
Już w nim jesteś. Jedna z wielu. Nie pierwsza i nie ostatnia.
Yhym.
Wiesz, że ten, kto nie umie nienawidzić naprawdę mocno, nie umie też kochać?
Możliwe.
Jesteś obojętna?
Tak, wśród burzy uczuć jestem cholernie obojętna. Na wszystko.
To tak jak ja.
Ale Ty mówisz, że Cię to obchodzi. Ja nawet się nie silę.
Obchodzi Cię. Ale ten “wyższy cel”.
Kurwa, zawsze byłam sługą.
Jak na osobę, która służy i kocha, wybrałaś cyniczny cel.
Taa. I dlatego – nie przetrwam. Za każdym razem.
C’est la vie.
;]
ks. J. Twardowski, “Bliscy i oddaleni”
Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają
i muszą się spotykać aby się ominąć
bliscy i oddaleni Jakby stali w lustrze
piszą do siebie listy gorące i zimne
rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty
by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało
są inni co się nawet po ciemku odnajdą
lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać
tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął
byliby doskonali lecz wad im zabrakło
bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej
niektórzy umierają – to znaczy już wiedzą
miłości się nie szuka jest albo Jej nie ma
nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek
są i tacy co się na zawsze kochają
i dopiero dlatego nie mogą być razem
jak bażanty co nigdy nie chodzą parami
można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem