Batman: początek
Dzisiaj nadawany przez TVN. Pewnie w życiu bym go nie obejrzała, gdyby nie Christian Bale. Wspaniały aktor (”American Psycho”, tam był najlepszy!). Kolejny film o początku jakiegoś bohatera, znanego nam z poprzednich dzieł.
Ogólnie film niezły, chociaż z lekceważeniem czytałam gazetę w czasie jatek w Tybecie (bo młody Bruce w Tybecie się szkolił…). Z równym lekceważeniem śledziłam fabułę… o, przepraszam, po prostu po półgodzinie przełączyłam na “Strefę mroku”… No ale na koniec zdążyłam, czyli puenta mnie nie ominęła.
To, co mnie w tym filmie zaskoczyło, to związek Bruce’a z tamtą laską (a konkretniej jego brak). Nareszcie, bo tak to co film miał jedna albo dwie kobiety – jak u Bonda – nudy. I miał samochód, który nie wyglądał jak zabawka, a ruszał się świetnie. Spodobał mi się ^^
Co wyniosłam z tego filmu?
Upadamy po to, by móc się pozbierać
W ogóle, jeśliby wywalić sceny akcji i latanie po dachach (scena pościgu zabawna, przyznam), to zostaje nam materiał do zastanowienia nad strachem i przezwyciężaniem go. No, takie tam. Kto oglądał, ten wi.
W ogóle to Batmana nie lubię. Jest z lekka sztuczny. Za to uwielbiam Kobietę Kota. Ale tylko i wyłącznie w wykonaniu Michelle Pfeiffer. Halle Berry dała ciała – nie jej wina, tylko producentów, reżysera, scenarzysty…