O przyjacielu
“Zawsze dla pustelnika przyjaciel jest tym trzecim: trzeci jest korkiem, co nie zezwala, by rozmowa dwóch zeszła w głębiny”
“Ach, zbyt wiele jest głębi dla wszystkich pustelników. Dlatego tak tęsknią do przyjaciela i jego wyżyn”
“Nasza wiara w innych zdradza, w co chcielibyśmy uwierzyć w sobie. Nasza tęsknota do przyjaciela jest naszym zdrajcą”
“I często miłością chce się przeskoczyć zawiść. I często dotykamy boleśnie, czynimy sobie wroga, aby ukryć, iż samych nas można dotknąć.
Bądź przynajmniej swoim wrogiem – tak mówi głęboka cześć, która nie waży się prosić o przyjaźń.
Jeśli chce się mieć przyjaciela, trzeba też chcieć prowadzić o niego wojnę; aby zaś prowadzić wojnę, trzeba umieć być wrogiem.
Trzeba umieć nawet w przyjacielu uszanować wrog. Czy potrafisz, podchodząc blisko do przyjaciela, nie przechodzić na jego stronę?
W przyjacielu swym winno się mieć najlepszego wroga. Najbliższy sercem winieneś mu być, kiedy mu się sprzeciwiasz.
Czy wobec przyjaciela chcesz być nieodziany? Czy ma być zaszczytem dla niego, że objawisz mu się takim, jakim jesteś? Ależ on pośle cię za to do diabła!
Kto nie czyni z siebie tajemnicy, oburza: jakże wielki macie powód, by lękać się nagości! O tak, tylko jako bogowie moglibyście wstydzić się swoich szat!
Nigdy nie zdołasz dość pięknie wystroić się dla swego przyjaciela, albowiem masz mu być strzałą i tęsknotą za nadczłowiekiem”
“W domysłach i umiejętności milczenia przyjaciel winien by mistrzem; nie wszystko chciej wiedzieć. Twoje sny niechaj ci zdradzą, co przyjaciel czyni na jawie.
Domysłem niechaj będzie twoje współczucie, abyś wpierw dowiedział się, czy twój przyjaciel pragnie współczucia. A może miłuje on w tobie niezłomny wzrok i spojrzenie wieczności”
“Czyś jest czystym powietrzem i samotnością, chlebem i lekarstwem dla twego przyjaciela? Niejeden nie potrafi sam siebie wybawić z oków, a jednak jest wybawcą przyjaciela”
“Jesteś niewolnikiem? Nie możesz więc być przyjacielem. Jesteś tyranem? Nie możesz więc mieć przyjaciół.
Nazbyt długo krył się w niewieście niewolnik i tyran. Dlatego niewiasta nie jest zdolna do przyjaźni; zna tylko miłość.
W miłości niewieściej jest niesprawiedliwość i zaślepienie co do wszystkiego, czego ona nie miłuje. A nawet w świadomej miłości niewieściej ciągle jeszcze jest napaść i błyskawica i noc obok światła”
“O, to ubóstwo wasze, mężczyźni, i skąpstwo duszy! Ile wy dajecie przyjacielowi, tyle ja dam nawet mojemu wrogowi, wcale nie ubożejąc.
Istnieje koleżeństwo; niechaj zaistnieje przyjaźń!”
To rzekł Zaratustra.
Demony
Światem rządzą Demony. Jest ich mnóstwo i trudno byłoby je wszystkie opisać, zapewne dziejów by na to nie starczyło. Najstarsze z nich, to znaczy te, które się wyłoniły jako pierwsze, nazywane są Demonami Czcigodnymi. Ich moc była ogromna, powszechna i bezwzględna. Co ważne, nigdy nie miały nie tylko ciała, ale i Osobowości. Były istotami samymi w sobie, którym ludzką miarą nie można by było przypisać żadnych cech poza istnieniem. Demony te zarządzały Materią. Ich działanie zazębiało się, łączyło, nachodziło, było zależne od siebie. W wyniku tych zabaw powstawały i upadały galaktyki, obłoki, gwiazdy. Wśród tych zawirowań i zmian powstało Życie. Narodziło się nowe pokolenie Demonów, które było jeszcze bardziej kreatywne niż ich Rodzice. Mało tego, pleniło się w zawrotnym tempie. To ich możemy nazwać Strachem, Ucieczką, Radością, Pożądaniem (ha! przecież prokreacja jest niczym innym jak chęcią Życia do zmiany). Ostatnie Demony zyskały osobowość. I w swej miłości do drobiazgowości niektóre Demony zaczęły same zmieniać się w zwierzęta, ot tak, dla zabawy – w końcu potrafili kontrolować Materię.
I nagle powstało coś jeszcze nowszego – Człowiek. Zrazu nieśmiało, potem z szacunkiem, a następnie bez żadnych zahamowań, zaczęli zmieniać swoje otoczenie. Wszystkie Demony przyjęły Człowieka – działał według ich zasad, zbudowany tak jak go stworzyły. Jednak część Demonów zachwyciła się nim, jego światem. I zmaterializowali się. Mała garstka przyjęła ciała, miała osobowość. Od ludzi odróżniała je tylko niezmienność, nieśmiertelność i wszechwiedza. Bezwzględne, żądne zabawy, podróżowały po świecie i nauczały różnych rzemiosł. Niosły inspirację, dobrobyt, ale też i wojny, niepokoje czy strach. Któż to wie, jak by dzisiaj wyglądał człowiek, gdyby nie ich inspiracje.
Jak mnie znajdują?
Byłam przeciwna tego typu wpisom, dopóki sama nie zajrzałam na swoje stytystyki. Powalające xD
co jest ciezkostrawne - no tak. Mój blog, wiadomo.
motyw latarni ulicznych w sztuce - gdzie?! Ani jednego słowa o latarni!
cytaty dla strzelca - Rak!!! Jestem Rakiem, kurwa!
cytaty o mnie - kolejny narcyz ;]
najpopularniejsze komedie romantyczne - to nie u mnie.
rysunek lilii - coś popularne te lilie, co chwilę ktoś ich szuka. Zakładamy fanklub lilii? xD
nie chciałam cie zranic - kochanie, to nic nie da. On już jest stracony.
ciekawa opowiesc - o, tak, to tutaj
nie większy lecz wyższy - hmmmmm. To już nie wiem, o co chodzi…
Mjuzik ;]
Czego słucham? Hm… Eklektycznie, zdecydowanie. Co jakiś czas zakochuję się w jakiejś muzyce i słucham jej na okrągło tylko po to, by za jakiś czas zachwycić się czymś innym. Wszystko zależy od tego, w jakim jestem nastroju, w jakim klimacie.
Ostatnimi czasy słucham namiętnie: Nirvany, Foo Fighters, Buena Vista Social Club, Opeth (Noise, przekonałam się xD), Republiki, Tenaciuos D i Kultu/Kazika. Do tego, ale już z pewną obojętnością, posłuchuję sobie Iron Maiden, Metallica’ę. No i soundtracki z “Pan i pani Smith” i “Pulp fiction”. Misrlou wymiata xD początek bawi mnie tak samo za pierwszym razem, jak i za setnym. Muzyka klasyczna, chociaż już osłuchana w reklamówkach, jest dobrym tłem przy czytaniu książek. Ale Wariacje Goldbergowskie w wykonaniu Glenna Goulda… Ten początek sprawia, że się rozpływam. Gdyby nie “Milczenie owiec”, nigdy bym nie usłyszała o Gouldzie. Piękne.
Poza tym Fergie. Lubię jej głos. A pewnie bym nie zwróciła na nią uwagi, gdyby w jednym z jej teledysków nie wystąpił Milo Ventimiglia. Chłopak jest słodki! Ale Black Eyed Peas mają swoje brzmienie. “Let’s get it started” zawiera w sobie zachętę do wariactw – w to mi graj! A wiecie, że podobno tytuł miał brzmieć “Let’s get retarded”, ale komuśtam się nie podobało. Cóż, trudno, ja wolę wersję pierwotną i tak śpiewam ;p
Nickelback. Ostatnio o nich zapomniałam, ale wywarli ogromny wpływ na moje życie. James Blunt też jest fajny.
Pewnie moich miłości i inspiracji jest mnóstwo, ale więcej mi chwilowo do głowy nie przychodzi. W najbliższym czasie może jeszcze zrobię listę ulubionych singli. (Piosenek, nie facetów. Na to trzeba będzie poczekać jeszcze dłużej xD)
Cogito ergo sum
[a teraz kilka akapitów bzdur, które będę potem musiała prostować]
Cogito ergo sum Kartezjusz (“Myślę, więc jestem”)
Ot, proste zdanie, a można je tak wspaniale interpretować, na mnóstwo sposobów. I każdy będzie sensowny.
Zacznijmy od rozwinięcia tego ciągu myślowego tak jak to tłumaczył Descartes. Wątpię we wszystko, niczego nie mogę być pewny. Ale skoro wątpię, to myślę. A skoro myślę, to muszę być. W związku z tym jedyne, czego mogę być pewny, to Ja.
I do tego momentu zgadzam się z Kartezjuszem. Ale potem jest most kartezjański (o tym było w innym moim wpisie). Wiadomo, nie zgadzam się.
Jedyne, czego mogę być pewna, to Ja. Nie oznacza to jednak, że muszę wiedzieć, czym to Ja jest. Mogę być pewna tylko istnienia siebie.
Dla mnie cogito ergo sum ma dwa znaczenia. Pierwsze, ontologiczne znaczenie to to, które jest rozważane w każdym podręczniku. Notabene, zawsze mi się to kojarzy z “Matriksem” xD
Jest też drugie, takie moje własne. Niczego nie możemy być pewni, ale w sensie… hm, antropologicznym? Świat zewnętrzny znamy jedynie przez nasze zmysły. W tym ludzi. Nie możemy być pewni, jacy są inni, ponieważ ich nie znamy. Co wiemy o innych ludziach? Opowiadania, relacje, dzieła. I ich zachowania, gdy przebywamy w ich towarzystwie. Jednak są to informacje częściowe: przecież nigdy nie przebywamy z kimś cały czas, nie widzimy go w każdej minucie życia. Co ważniejsze: nie znamy jego myśli. Obraz drugiego człowieka nigdy nie będzie pełny, bo nigdy nie poznamy jego myśli.
Czy cogito ergo sum jest negacją wszelkich wartości, praw i aksjomatów? Nie. My tylko poddajemy w wątpliwość, co nie oznacza, że z góry musimy założyć, że wszystko jest kłamstwem i nieprawdą. Bo wtedy wszystko by się wyjaśniło, prawda?
Rozmowa o Bogu i bezpieczeństwie (a przy okazji o młodości)
Mój opis na gg: Chcesz szczęścia – wierz w Boga; chcesz prawdy – poszukuj.
Tak, bezpieczeństwo jest nam potrzebne, inaczej człowiek nie byłby w stanie sobie poradzić z codziennością. Jednak w zależności od wieku, usposobienia czy wychowania różnych ilości bezpieczeństwa potrzebujemy.
Wiadomo to od wieków, że młodzi się buntują, a starzy – są konserwatystami.
Jednak do walki potrzebny jest jakiś stały, choćby najmniejszy punkt oparcia. A gdzie w szaleństwie młodości bezpieczeństwo? W domu, przyjaciołach, sobie. W naiwnej miłości do Świata i jego cudowności, barwności. W Młodości, która niezmiennie podszeptuje: “W przyszłości będzie lepiej”. Tylko młode dusze mają nadzieję. A przynajmniej taką mam nadzieję ;p
Nietzsche, oczywiście
Powiedział to, co wielkie umysły wiedziały już od wieków. Jakże klarowne stwierdzenie. Prawdy należy szukać w doświadczeniu, w dowodach, a nie nie w dogmatach i zabobonach.
No tak. Bezpieczeństwo. Ale czy musi to być bezpieczeństwo w Bogu? Nie, dla mnie to nie jest wyjście. Z drugiej strony rozumiem tą potrzebę. Człowiek, nawet ten dorosły, ma potrzebę oparcia. A kto stanowi najlepsze oparcie? Rodzice. To oni są naszymi guru od najmłodszych lat. To oni mówią, co dobre, a co złe. Potem jednak dorastamy, okazuje się, że nie są idealni, popełniają błędy. A Bóg jest właśnie takim Rodzicem. Tyle tylko, że się nigdy nie starzeje, nie umiera. Zawsze jest taki sam, tak samo mądry i wszechwiedzący, jak Rodzice w latach naszego dzieciństwa. Wspaniałe, abstrakcyjne oparcie.
Oczywiście, nie dla mnie
Chcesz prawdy – poszukuj
Cudo. Odkrywaj, zgłębiaj Świat, nie bój się go. Poszukuj, znajduj, tylko po to, by po chwili stwierdzić, że jest coś jeszcze. Że z tego punktu można wyjść dalej, że to nie koniec.
Bo poszukiwanie prawdy nigdy się nie skończy.
Takie tam…
Ostatnio tak sobie myślę…
Do tej pory uważałam, że liceum przespałam. Że chcę wrócić do tamtych czasów, bo swoje przespałam w związku. Ale dzisiaj zdałam sobie z czegoś sprawę. Mój związek nie miał nic do rzeczy. Po prostu znalazłam się w złym miejscu.
Przez trzy lata miałam mało znajomych, byłam skazana na dwie godziny jazdy busem dziennie (plus czekanie), horrendalne godziny wstawania (6.20 autobus), odcięcie od miasta. A do młodzieży z mojej wsi… cóż, nie pasujemy do siebie. Nie tak bardzo. A tym z MMz nie miałam okazji się przyjrzeć, bo tam nie balowałam… Ale chyba nie ma czego aż tak żałować. Zjebane 3 lata, jednym słowem.
Powinnam była je spędzić w Piotrkowie. W mieszkaniu. Z kotem. Z chłopakiem w tym samym mieście. Z ludźmi na mieście. Z imprezami. Z liceum z tradycją (dobra, moje też miało, ale…). Z rysowaniem, czytaniem, kablówką i netem.
To, co teraz czuję jest niewłaściwe, właściwie. Bo nie czuję się tak, jakbym przyjechała studiować. Czuję się tak, jakbym wróciła z cholernie długich wakacji i krzyknęła: “Cześć! Już jestem z powrotem!”
Nie zrozumie mnie ten, kto całe życie mieszkał w jednej miejscowości, w jednej rodzinie. Teraz mam dwa domy, cały czas powtarzam, że moje korzenie są jak najbardziej w dwóch miejscach: w O. i Piotrkowie. Co prawda bardziej się czuję związana z Piotrkowem, ale jednak nie mogę (czy też raczej nie chcę) zaprzeczyć, że pół mojej rodziny jest z O. Cholera, nie ma tam wielkich, wybitnych osobistości, a zwykli, poczciwi ludzie. Ale jednak ich kocham, jak to Rodzinę
Grudzień – welcome back!
Grudzień! Czuję grudzień definitywnie!
Wiem, to zabrzmi dziwnie, ale jestem cholernie szczęśliwa z tego powodu. Znajduję radość i motywację. Ta zima jakoś mi odpowiada. Uwielbiam wyglądać przez okno swojego pokoju i widzieć Świat pod kołderką z białego puchu. Ulica, trawniki, chodniki, balkony, drzewa, samochody. I wirujące w powietrzu śnieżynki. Najlepiej te ogromne. W świetle dnia jest to widok jak najbardziej ciepły. Od razu przywodzi na myśl gorącą herbatę w ogromnym kubku i robiony na drutach sweter.
Jednak to noc wzbudza we mnie największe emocje. Nagle przy dziennym świetle nie można już czytać. Po półgodzinie, czasami dłużej, spoglądam za okno i widzę… coś pięknego. Cały świat skąpany w aksamicie czerni, rozjaśniony jupiterami latarń – małe sceny dla tańczących płatków śniegu.
Świat Zimy jest zachwycający. To chyba dzięki bezlistnym drzewom niebo jest bardziej bezkresne, a budynki wyższe. Świat Zimy jest chłodny, surowy, prosty. Goły. Ilekroć patrzę na blokowiska skąpane w słońcu (ewentualnie w świetle słońce, które skryło się za chmurami), mam wrażenie, że żyję w innym świecie. Takim z opowieści science-fiction, futurystycznym, zimnym, w pełni zmechanizowanym. Jasne, że to nieprawda. A gdy nadchodzi Noc, to ten Świat staje się jeszcze bardziej zachwycający. Jednak w moim przypadku najczęściej zamyka się w czterech ścianach mojego pokoju. W świetle lampy, w literach, obrazach, wrażeniach. W muzyce. Kawa, czerwona herbata, bicie zegara o równych godzinach (zawsze więcej, niż w ciągu dnia). W myślach, z którymi przemierzam puste ulice przedmieścia. W cichej rozmowie z samą sobą, gdy zastanawiam się, co by było, gdyby… I to się nigdy nie wydarzy.
Grudzień ma jednak i słabe strony. A nazywa się miłość. Grudzień, jak i zresztą cała Zima, jest dla mnie najlepszym czasem na miłość. Na intymność, wspólność, cichą radość, ciepło.
Jednak obecny grudzień to tylko wspomnienia. I wykorzystam go, by wspominać to, co dobre. To, co wzbudza we mnie uśmiech i nostalgię. I na chwilę smutku, że własnymi hormonami zawaliłam. C’est la vie.
Póki co, wiosna może sobie poczekać ^^
Wyczytane
“Prześladowanie innych bierze się ze zwalczonego w sobie, ukrytego przed samym sobą poczucia, że było się samemu ofiarą prześladowań. Ale ogromnie trudno jest ludziom pojąć, że każdy prześladowca sam był kiedyś ofiarą prześladowań, a ten, kto od dziecka mógł czuć się wolny, silny, kochany, nie ma żadnej potrzeby poniżania innych”
fragm. książki A. Miller, w “Newsweek”
Wyczytane
“Nudnawy i rutynowy akt miłosny zawsze przypominał mi nasze wybory. Po długich kłamliwych wywodach przepchnąć jedynego realnego kandydata w szczelinę obojętną na wszystko, co się do niej wrzuca, a potem zapewniać samego siebie, że to właśnie było to, dla czego traci rozum cały wolny świat”
Wiktor Pielewin, “Empire V” [fragment z Newsweeka]
(porównanie seksu do wyborów w Rosji)