Rozmowa
Rozmowa. Każdy z nas jej potrzebuje. Każdy potrzebuje raz na jakiś czas sklarować swe myśli, a następnie podzielić się nimi z innymi, otoczeniem. Samymi sobą. Rozmowa z samym sobą też jest fajnym wyjściem.
Ja mam chroniczną potrzebę rozmowy. Nie, monologi nie wchodzą w grę (no, chyba że mówię do kogoś przez kilka minut…), ale krótka wymiana zdań jest jak najbardziej wskazana. Mam potrzebę rozmowy, więc rozmawiam ze znajomymi na uczelni. Co prawda kończy się to tak, że paplam bez sensu i nie potrafię powiedzieć tego, co bym chciała, ale jednak. Moja potrzeba wyładowuje się także na blogach. Pomijając moje własne wpisy, czytuję najróżniejsze blogi. I w wielu przypadkach myślę sobie “Chciałabym z tą osobą porozmawiać, poznać ją”. Czasami zostawię mały komentarz, jednak większość głupich tekstów zostaje w głowie. No i jeszcze są blogi, na których nie boję się ani nie wstydzę pisać. Wtedy można sie spodziewać, że (prawie) każdy post zostanie skomentowany. Można to zjawisko nazwać nawet “Potokiem Komentów”, ku niezadowoleniu i obojętnym milczeniu niektórych (tak, Ciebie mam a myśli).
Moja potrzeba mówienia wyładowuje się na gg. Chociaż ostatnio nie mam z kim rozmawiać albo poruszam codzienne tematy, to jednak rozmawiam. Chciałabym więcej, chciałabym o czym innym. Chciałabym o tyle rzeczy zapytać. Ale, cóż.
I, the last but not the least, imprezy. W tym momencie każdy się popuka w głowę i zapyta, gdzie tu rozmowa. Ostatnio sobie uświadomiłam, że na dobrej imprezie (czytaj: domówce lub w akademiku) zawsze sie gada. Opowiada sie, co było na ostatniej, najlepsze wybryki grupy bądź znajomych… czas leci wspaniale. I, co ciekawe, wtedy tylko siedzę i słucham, chłonę te przezabawne opowieści, bo sama nie umiem opowiadać. Mało tego, nie umiem sie wysłowić… Nieśmiałość? Na takich imprezach bardzo często rozmawiam sobie z pojedynczymi osobami, dwoma najwyżej. I wtedy jakoś to idzie, jest łatwiej. Uwielbiam siedzieć na kanapie i rozmawiać, chociażby o polityce. I to jest dopiero udana impreza.
Paczka
Wszystko się wali. I nie mam tu wcale na myśli zonka z uczelnią, bo to oddzielna historia. Chodzi o moje życie bardziej osobiste.
Byliśmy “paczką”. Czwórka, która jest zawsze razem. Nawet, jeśli znaliśmy sie dopiero dwa tygodnie. Od pierwszego dnia trzymaliśmy się razem. Aby…? Pomińmy w tym momencie fakt, że często byliśmy w innych grupach na ćwiczeniach, zdarza się.
To się nie mogło udać, nie miało prawa. Czemu? Nie, inaczej. ZE MNą nie mogło sie udać. Ja zawsze odstawałam od pozostałej trójki. Nie potrafiłam się dogadać z K., drugą dziewczyną od nas. I, ojej, chłopaki się świetnie z nią dogadują, nie przygryzają jej. Nie jestem zainteresowana bractwami rycerskimi, lubię się dobrze bawić wśród ludzi od nas z roku (i nie tylko), jestem otwarta i gotowa do rozmowy, zabawy. Dobra, z D. niezłe akcje swojego czasu odchodziły, ale jakoś przez tych 5 miesięcy ani razu nie bawiliśmy się razem, w czwórkę.
Mam ich naprawdę dosyć. Mam dosyć ciągłego manipulowania, kręcenia i kłamania, nawet jeśli tylko dla “niewinnego” żartu. Dosyć znoszenia ich docinków, odganiania mnie. Co, oni mnie lubią, nawet bardziej, tylko tego nie ukazują, maskują? No to mają problem. Że się zachowują wobec mnie chamsko? Bo niby traktują mnie jak kolegę? Nie, żadnego kolegi tak nie traktują.
Nie mam paczki. Już od dawna do niej nie należę.