Grześ
A teraz stoję przed bardzo ciekawym dylematem. Właściwie dylemat sam się rozwiązał wśród moich cichych napadów wściekłości, o których wiem tylko ja i moje ewentualne ofiary (czytaj: Babcia). Właściwie to ostatnio mam mnóstwo dylematów. Rozterki, alternatywy? Sprzeczności? Ale to chyba ma sie przez całe życie…
Ostatnio całkiem wiele się zmieniło… Na przykład Grześ… Mój Ojczym… Prawdopodobnie mogłabym Mu mówić “Tato”, ale nigdy takowego wyrazu nie używałam i nie ma ono dla mnie takiego znaczenia. Zresztą traktuję Go jak ojca. Nie, to nie tak.
Ojca nigdy nie miałam, w ogóle mężczyzn w mojej Rodzinie jak na lekarstwo. Więc nie umiałam sobie zbytnio utworzyć zrozumienia, porozumienia. Obydwoje nie umieliśmy. Obydwoje popełnialiśmy błędy. Ale, mimo wszystko, traktowałam Go jak ojca. był Rodzicem, kimś wyższym. Ale Jego zachowanie… no cóż, w żadnym wypadku nie było wzorcowe. W końcu Go znienawidziłam. To znaczy po troszku, świadomie, nieświadomie, odsuwałam się, usuwałam sie. Stałam się cieniem mnie.
Cały czas traktowałam Go śmiertelnie poważnie. A On żartował, robił sobie durne wygłupy, które mnie wcale nie śmieszyły i robiły aż nazbyt negatywne wrażenie. I miałam Go za coraz większego idiotę. W końcu dotarło do mnie, że nie jest taki głupi, tylko nieszczęśliwy. To tylko mały, nieszczęśliwy człowiek, który miał marzenia, a mu nie wyszło. I wybrałam tą łatwiejsza drogę. Oj, nie nienawiści, ja nie nienawidzę. Po prostu postanowiłam dać Mu żyć, ale z daleka ode mnie.
Ale, cholera, ostatnio te łatwiejsze drogi mnie jakoś pieką… może to tych kilka miesięcy rozłąki…? Tak czy siak… To jest, cholera jasna, mój Stary. Nawet jeśli dopiero od 14-tego roku życia
To z Nim piłam, i to naprawdę nieźle. Jak tylko przyjadę do domu na święta, utniemy sobie dość długą rozmowę…