Siedzieli wśród mroku, uliczna latarnia rzucała na nich gęsty cień, tworząc z ich twarzy czarno-kremowe malowidła. Wygodnie ulokowani na szerokim parapecie wyglądali w noc miasta. Wraz z każdym kłębem dymu tytoniowego wdychali atmosferę nocy. W ciszy kontemplowali wszystko, co ich otaczało, wewnątrz i nazewnątrz. Spokój, cisza. Jakże pozorne. Tego dnia ulica była pusta, mało kto przechodził, zresztą i tak by tego nie zauważyli.
Siedzieli już jakiś czas. Rio podziwiała gwiazdy latarń i świeżą wilgoć asfaltu, delikatnie zaciągając się dymem. Jej przepełniona spokojem, zrelaksowana postać delikatnie spływała na prawą framugę okna - czasami trudno było się domyślić, czy to okno ją podpierało, czy ona okno. Eliah może i jakiś czas rozkoszował się pięknem nocy, ale jego myśli schodziły na inne tory, natrętna świadomość nieprzyjemnej przyszłości wracała co i rusz. Ciemnobrązowa brew coraz częściej drgała nerwowo, ledwo zauważalnie dzięki cieniowi lamp ulicznych, a ręka niezdarnie strzepywała popiół z peta.
- Nie bądź śmieszny.
Rio przerwała długą, nieznośną nić ciszy jednym zdecydowanym zdaniem. Eliah patrzył i nie wiedział, co powiedzieć.
- Przecież… - zająknął się i utkwił w miejscu.
- Nie przecież, tylko przestałbyś - znowu ten ostry, stanowczy ton. Na swój sposób energiczny i dziarski. - Przestałbyś, bo to zamartwianie się nic nie da. Jej już nie ma. Przyjnajmniej dla ciebie.
- Da się! To jest do zrobienia! - nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, krzyk wyrwał się nie prosto z gardła, a prosto z serca. Powiedział to, co było w samym środku duszy, choć sam może nie zdawał sobie z tego całkiem sprawy.
Rio spojrzała na jego delikatne, niemal dziecięce policzki i uśmiechnęła się smutno. Jakie szczęście, że chronił ją cień lampy.
- Pieprzenie.
- Nie rozumiesz, co ja czuję. Nie rozumiesz… - dwie wielkie łzy spłynęły w rzadką kępkę bródki, nie wiadomo po co hodowanej.
- Jasne, że rozumiem. Ale i ty musisz coś zrozumieć. Nie każdy z każdym może być - mówiła twardo, choć ciągle szeptała.
- Ale ja…
- Mówiłam ci już? Nasze życie jest jak ciągła reinkarnacja. Kiedy jesteś sam, zbierasz doświadczenia. Potem stajesz się nowym człowiekem, kiedy zdobywasz partnera. A potem to kolejne życie umiera, kiedy się rozstajecie. Niektórzy błędnie zaczynają każde życie od nowa, a niektórzy pamiętają swoje poprzednie wcielenia. Zwłaszcza, że z jednego życia w drugie przechodzimy niezauważalnie, nie wiadomo kiedy.
- Ja mam nowe życie - wyjąkał bez przekonania.
- Tak, masz nowe życie, ale tak naprawdę jesteś tylko widmem. Marnujesz swoje kolejne życie na marzenia o powrocie do życia, które już nie istnieje.
- Tamto życie było dobre.
- Ach taaak? - głos Rio zrobił się jadowity - Z pewnością. I z pewnością nie pamiętasz tysięcznych narzekań i żali. Z pewnością nie pamiętasz tego, co było.
Chwila milczenia zdawała się twać wiecznie. Niepostrzeżenie jakiś zbłąkany samochód przejechał w dole i na krótki czas oświetlił ich postaci.
- No dobrze. Niech ci będzie - Rio westchęła - było dobrze, z pewnymi wyjątkami. Więc może gdzieś indziej znajdzie się taka, która nie będzie takich problemów sprawiała, co?
- Ale ta była taka dobra! Lepszej nie znajdę! - Eliah znów zmienił się w misiowatego pantoflarza. Rio nie mogła wytrzymać i wybuchła śmiechem na całą ulicę. Zgięta w pół zdobyła się na wysiłek poklepania go po ramieniu.
- Stary - wysapała - na świecie są dwa miliardy kobiet, tutaj nieco mniej. Możesz wybierać i przebierać, do wyboru, do koloru.
Pośmiała się jeszcze trochę, po czym skocznie zeszła z parapetu i znurzyła się w mrok pokoju. Po chwili dało się usłyszeć odgłos przewracanego krzesła, trzask i jęk:
- Kurwa, ał!
Szuranie między meblami, bibelotami, książkami i nie wiadomo czym jeszcze skończyło się szczękiem szkła i Rio po kilku kolejnych wyzwiskach pojawiła się uśmiechnięta od ucha do ucha z butelką Martini i piwem.
- Oczywiście, że wybierasz piwo - zaśmiała się, podała mu półlitrowego Heinekena i z powrotem usiadła na parapecie. Tym razem usiedli normalnie, nogi wesoło dyndały im, świecąc na biało od blasku latarni. Cztery chude badyle zwane potocznie łydkami, zakończone kościstymi guzami zwanymi również kolanami wzbudziły zainteresowanie ich posiadaczy. Popijając piwo, gapili się na swoje nogi i głupkowato śmieli się do krawężników i dachowców przemykających między samochodami. W tej chwili, w tej jednej długiej na minuty czy godziny chwili czuli, że wszystko jest w porządku, że wszystko będzie dobrze.
Dedykuję przyjacielowi, który tak jak ja, patrzy w przeszłość.